Zimne miasto

Ilustracja: Wiktoria Szamotulska

Feliks wysiadł z prawie pustego pociągu i rozejrzał się po zadaszonym peronie. Cichła histeria fajerwerków i wiwatów, szampan na dnie kieliszków wypuszczał ostatnie bąbelki, powoli przygasała wszechobecna feta.

Święto. Wszystko było uroczyste.

Uroczyste pijane gęby cieszyły się z nastania kolejnego roku. Emitery chodnikowych przebojów wypluwały rytmiczną rąbankę, miksującą się nad miastem w rodzaj jakiegoś nawozu cieknącego na ziemię z potężnej, delirycznej chmury. W samym środku tego kataklizmu duży, niedogrzany dworzec. I on – Feliks. Bez bagażu i z kwaśną miną.

Dziwnie się czuł, rozbijając pociągami po kraju w sylwestrową noc. Nowe przeżycia nie zawsze ekscytują. Był niewyspany i zmęczony, nie w nastroju do czegokolwiek. I może dlatego wszystko wydawało mu się obleśne i bzdurne. Czuł jakiś niepokój. Nieuzasadniony niepokój. Robota została umówiona przez ważniaków, wszystko jest pod kontrolą, nic się nie może spieprzyć. Spędzi tu trzy–cztery godziny i do domu. To takie proste.

Wyszedł z dworca, szukając przystanku tramwajowego. Choć już bardzo długo nie było go w tym mieście, trafił od razu. Chodniki nieodśnieżone, przystanek też, i wyślizgany. Przeklął dozorców-morderców i wszystkich nierobów ze służb miejskich. Co kogo obchodzi, że jest Sylwester. Niech się z klimatem dogadają.

Tramwaj za dwie godziny, a na taksówkę firma nie dała. Wrócił na dworzec. Stanął w drzwiach, rozejrzał się. Ludzi niewielu. Pośrodku hali kręci się jakiś facet z siodełkiem od roweru na długiej rurce. Nie, on się nie kręci. On się miota. Uderza siodełkiem w uda, przestępuje z nogi na nogę, rozgląda się.

Czeka na kogoś. Z siodełkiem. To na pewno bardzo ważna sprawa.

Feliks usiadł na pierwszej wolnej ławce. Naprzeciwko drzemał jakiś facet, niechlujny i wyraźnie na gazie. Wyglądał na takiego, co mieszka na dworcu. Kiwał się lekko w tył i w przód, z grubsza łapiąc równowagę. Feliks przyglądał mu się obojętnie. Trochę to trwało. W pewnym momencie pijany drgnął jak od czkawki i w przebłysku świadomości spojrzał przed siebie.

– Szczęśliwego Nowego Roku – uśmiechnął się Feliks. Facet trawił życzenia przez kilka chwil, po czym mruknął beznamiętnie:

– Nie wierzę w Nowy Rok… – i zagłębił się w pijanej zadumie.

Trochę z boku otwarty był jakiś prowizoryczny bar. Z okienka wystawała gęba barmana gapiącego się na dworzec. Apatycznie ciekły minuty.

Barman gapił się przed siebie.

Feliks gapił się na barmana.

Kolejne minuty.

Śpiący pijaczek, coraz bardziej przechylając się do przodu, w końcu zwalił się na posadzkę pod nogi Feliksa. Uchylił powieki w zmęczonym zdumieniu.

– Eeeeuuu?

– Leż sobie. – Feliks poklepał go po plecach. Pijaczek, uspokojony, momentalnie usnął z powrotem, a Feliks spojrzał na zegarek i podniósł się z ławki. Za dziesięć minut tramwaj.

 

*

Tramwaj był niemal pusty. Na samym końcu siedziała kobieta około trzydziestki, wyraźnie niezadowolona z eskapady. Rozglądała się co jakiś czas po pustych siedzeniach i sprawdzała na każdym przystanku, czy ktoś nie wsiada. Miała ładną twarz. Przyglądał się jej przez chwilę. Poczuła na sobie spojrzenie i po krótkim panicznym oczopląsie wbiła wzrok w okno.

Nagle przyszło mu do głowy, żeby się do niej przysiąść i zagadnąć, spytać, czy wraca z imprezy. Absurdalny pomysł. Pewnie dostałaby ataku serca.

Cała reszta pasażerów to dziadek po siedemdziesiątce i siedzący na fotelu przed nim pijany, uśpiony typ w krawacie śledziu. Ten na pewno wraca z imprezy. Alkohol czuć na kilka metrów.

Dziadek oparł dłonie na lasce i wpatrywał się w okno z wyrazem bezgranicznego zdziwienia na twarzy – uniesione brwi, okrągłe oczy i rozchylone usta. To niesprawiedliwe, co starość robi z człowiekiem.

Pijany facet instynktownie ocknął się z drzemki i spojrzał w okno. Kiedy upewnił się, że jeszcze nie musi wysiadać, rozejrzał się po tramwaju. Mętnie spojrzał dziadkowi w oczy i wymamrotał po krótkim zastanowieniu:

– Tobie tygrys jaja wygryzł…

Dziadek chyba nie kontaktował. Odwrócił głowę i z niezmiennym zdziwieniem na twarzy z powrotem wpatrywał się w okno. Pijany zapadł w słodką drzemkę.

Tramwaj telepał się beznamiętnie. Obijał bezwładnie o świętujące budynki, dzielnice stare i obdrapane z tynku, szyby pokryte warstwą rdzy z torowiska, garaże z dachami zapadłymi od dudnienia. Wierzgając odwłokiem, wypluł przerażoną kobietę około trzydziestki i zdziwionego dziadka około siedemdziesiątki. Na końcu wypełzł pijany facet w białej koszuli i wąskim krawacie.

Feliks został sam. Ubywało miasta, świateł, petard, dzwonów i hormonów. Ubywało życia. Zimno. W końcu do Feliksa powoli dotarło, że trzeba się wyrwać z sennego odrętwienia, rozpędzić nierealne wizje i zmobilizować zastygłe ciało do aktywności. Dotarła do niego realność, jakaś jałowa, próżna, aż dźwięczało. Wysiadł z tramwaju na ostatnim przystanku. Rozejrzał się bez pośpiechu. Był tu tylko raz, raczej dawno. I w dzień. I przytomny.

Poznawał z wolna stare kąty, rejestrował automatycznie zmiany w topografii i architekturze. To miejsce miało już nową tożsamość, widoczną zwłaszcza dla kogoś, kto nie był tu dłużej. Poczuł się jakiś niechciany, nowe budynki patrzyły na niego jak podrostki czujące się właścicielami świata zbudowanego przez starców. Nie znały go i nie chciały znać. Był dla nich zagrożeniem, jakby wrócił odebrać im coś, co uważał za swoje. Nieświadomie mobilizował się do starcia, choćby tylko moralnego. Ocenił i osądził osiedle, opierając się na ciągle umykającej mu sile własnego autorytetu i niepewnym przekonaniu o własnej niezależności. Odparł pretensje, wyliczył błędy urbanistów, obnażył bezbronność niemego muru. Wygrał.

Rozplanowanie przestrzenne było faktycznie żałosne. Budynki wszelkiej możliwej kubatury, we wszystkich możliwych stylach, czasami jak z katalogu chorób anatomicznych, rozpierzchły się po okolicy niczym eksponaty z muzeum nieudanych snów. Wśród nich – długi, beżowy, parterowy, u szczytu wejście, po bokach długie rzędy okien. Barak-biurowiec. Pod stłuczoną lampą tabliczka ze znajomą nazwą, nie do odczytania, gdyby nie biała poświata od śniegu.

Ruszył w kierunku drzwi. Był już zwarty i gotowy. Ostrożnie nacisnął klamkę i pchnął. W środku panowała ciemność. Poszukał ręką włącznika światła na bocznej ścianie. Nie odnalazł, więc postąpił krok do przodu. Jest.

Pojaśniało. Rozejrzał się. Niewielkie pomieszczenie, jakby sień, z sześciorgiem drzwi dookoła, wszystkie opatrzone numerem 00. „Same kible?”

Zastanowił się przez chwilę. Myśl o budynku wyposażonym jedynie w kible wydała mu się groteskowa. Otworzył delikatnie pierwsze drzwi z brzegu. Kibel.

– Co jest?!

Teraz był gotów uwierzyć we wszystko. Szykował się do otwarcia kolejnych, kiedy zauważył prześwity światła przy innej futrynie. Nacisnął klamkę. Długi korytarz, po bokach drzwi, przy końcu jedne otwarte. Powinni na niego czekać.

Zatrzymał się na chwilę. Poczuł się znowu w pracy. Przewartościował nieco nastroje i hierarchię odczuć. Nagle zrozumiał, jak bardzo nie odpowiada mu, że tu jest. Dużo bardziej niż jeszcze przed paroma minutami. Teraz musiał się naprawdę zmobilizować. Nie do zmiany jednej bajki na drugą, lecz do działania wbrew poetyce dezorientacji. Zezłościł się na samego siebie. Po kiego groma jeździ po całym kraju w Nowy Rok i robi rzeczy, których nie lubi? Bo zgłosił się na ochotnika. Bo chciał pojeździć pociągiem. Bo każda myśl oszukuje inną, szuka pretekstu, oskarża o nielojalność. Był królem w państwie pochlebców, intryg i skrytobójców. Musiał rozsądzać sprawy, na których się nie znał, i skazywać na śmierć doznania destabilizujące jego ustrój – anarchię, sabotaż. Musiał wiedzieć, czego chce. Przynajmniej czasem. Przynajmniej wtedy, kiedy trzeba pracować. Doprowadził się do porządku i rozjaśnił w umyśle cele i środki.

Zapukał w otwarte drzwi. Mężczyzna siedzący w głębokim fotelu okręcił się w jego stronę. Miał filmową gębę zarozumiałego pedanta. Arystokratycznie uniósł brwi i spod wpół przymkniętych powiek spojrzał przez kwadratowe okulary na gościa. Feliks usilnie próbował myśleć profesjonalnie i się nie uprzedzać.

– Dzień dobry… Dobranoc… Kurde, co się mówi o trzeciej w nocy?

Imperator biura zmierzył z dezaprobatą ośnieżone buty Feliksa.

– Pan od Kaszalota?

– Tak.

– Spóźnił się pan.

Fotel przekręcił się znowu do biurka, tyłem do Feliksa. „Co ja tu, u licha, robię z tym debilem? Przecież zaraz go czymś walnę”. Wyszczerzył się złośliwie do wykrzywionych pleców biurokraty, cedząc przez zęby:

– Szczęśliwego Nowego Roku.

– Nie wierzę w Nowy Rok – odpowiedział ważniak, nie przestając wypełniać tabelek.

 

*

Z ulgą wydostał się na świeże powietrze. Tyle cierpienia za parę stempelków. To niesprawiedliwe – wciąż myślał kategoriami sędziego. Jednocześnie, jakby trochę niepostrzeżenie, mobilizacja zaczęła słabnąć. Chwilę trwała wojna podjazdowa, potem warowny mur zaczął topnieć – nie rozpadać się, ale właśnie topnieć – wszystkie urzędy jego wewnętrznego państwa tak gwałtownie składały dymisje, że zanim zdążył je rozpatrzyć, logistyka przestała istnieć, potem padła łączność, wreszcie zniknęła armia.

Został sam.

Dostrzegł skupiska płatków śniegu, iskrzących kameralnie, miękko, niemal ciepło. Emocje opadały razem z nimi, migocąc. Rzadkie światła przebarwiały się jak zorza, nieprawdziwie, tęczowo, kłamliwie. Zaczął się zastanawiać, które decyzje są naprawdę kłamstwem, i bezwiednie ruszył przed siebie. Wiele rzeczy, coraz więcej, robiło się samo, ta bezwolność nawet mu się podobała, ale głębiej tkwiło przeświadczenie, że w decydujących momentach to wciąż on musi podejmować wysiłek postanowień i realizacji. Nie potrafił, tak jak niektórzy jego znajomi, zdać się na bieg wydarzeń. Przy całej swej nieodpowiedzialności był zbyt odpowiedzialny. Sam nie wiedział, czy to dobrze czy źle.

Odruch wewnętrzny rzucił jakieś zdanie i Feliks dopiero po mniej więcej czwartym echu usłyszał:

„Pewno już śpią. To porządna rodzina. Śpią w nocy”.

Spojrzał na zegarek. Wpół do czwartej. Szedł dalej. Nie miał na to wpływu, szedł. Chociaż nie całkiem pamiętał drogę, minął kilka skrzyżowań – zawsze miał niezłe wyczucie przestrzeni – przecinając je w poprzek, przez tory tramwajowe, mimo świateł, zamaszystymi łukami. Dzielnice willowe ciągnęły się niezrozumiale długo, w końcu ujrzał odosobniony, szary wieżowiec, jeden z tych brzydkich, jakby zestarzały, uśpiony, pomnikowy. We właściwym oknie paliło się światło. Nawet się nie zdziwił.

Podszedł do domofonu i wlepił wzrok w listę numerów bez nazwisk. Numer pamiętał, nazwisko złośliwie umknęło. Stał i patrzył na rząd guzików, nie mógł się przymusić, żeby nacisnąć ten jeden. Coś go łapało za ręce, za szyję, ciągnąc z powrotem. Znowu został z tym sam. Znów zdrada, znów oszustwo, teraz, kiedy już było wiadomo, że się nie wycofa, musiał to zrobić sam.

Zmęczony sobą wstrzymał oddech i skoczył w przepaść.

Dzwonek odezwał się przytłumionym bzyknięciem.

Feliks spadał przez chwilę, dziwiąc się, ile myśli przelatuje mu przez głowę. Skalne ściany migały po bokach, z zawrotną szybkością zmieniając prezencję. Zarejestrował jeszcze kilka migawek szarości, ale jakoś nie mógł spojrzeć w dół. Potem oczy już nie nadążyły za pionowymi urwiskami fiordu. Poczuł falę lęku i gorąca.

– Kto tam? – domofon wykaszlał wyraźnie speszony głos starszego mężczyzny.

– Dzieńdob… yyy… Czy jest Justyna? Mieszkała tu.

Zamiast odpowiedzi usłyszał podniesiony, kobiecy głos z głębi mieszkania.

– Co tam, kto to jest?

– Jakiś pan, pyta o Justynę.

– Daj mi słuchawkę.

Kilka trzasków.

– Kto tam?

– Chciałem spytać o Justynę… zapomniałem, jak się nazywa. Przepraszam, że o tej porze.

– Już tu nie mieszka i już się inaczej nazywa.

– Aha.

Na posolony chodnik spadła z księżyca skwiercząca petarda noworoczna, podskakiwała chwilę w rytualnym tańcu, aż w końcu w akcie wulgarności zwymiotowała na śnieg i zgasła z głośnym sykiem, otaczając Feliksa obłokiem szarego dymu.

Stał i wdychał go trochę z żalem, a trochę z ulgą. Oparł się o stalowe drzwi klatki schodowej i zagapił w ziemię. Zaczął sobie wyobrażać tego, który tak nieudolnie wystrzelił fajerwerki. Nie silił się na obiektywizm, chciał być przez chwilę nieprofesjonalny, w końcu był sam. W swoim księstwie. Więc to pewno jakiś świeżo upieczony magister, wysoki blondyn, z kasą i ustawionymi rodzicami. Podstrzyżony za uszami. Nosi modną kurtkę w jałowym stylu i modne buty. Spotkanie z biurokratą przypomniało mu o wszystkich typach, których nie lubił – z powodem czy bez. Naprawdę trzeba zawsze myśleć obiektywnie? Naprawdę wiecznie ćwiczyć strategie komunikacji i samoocenę? Przecież to tak przyjemnie przez kilka chwil się nie starać, nie lubić kogoś, wyłączyć kamery.

– Przepraszam! – Feliksa dobiegł spokojny, ale stanowczy głos.

Podniósł głowę.

– Opiera się pan o drzwi. Chcielibyśmy wejść.

Wysoki blondyn w granatowej luźnej kurtce, podstrzyżony za uszami, stał obok z kluczem w ręce.

– Aaa… tak, proszę… – Feliks się odsunął i dojrzał za plecami faceta dziewczynę ze spuszczoną głową, w ciemnym płaszczu i czapce. Blondyn otworzył drzwi. Puścił dziewczynę przodem, omiatając spojrzeniem Feliksa, wyjął klucz z zamka. Dziewczyna stała już wewnątrz, nadal patrząc w ziemię.

– Justyna? – wymamrotał Feliks.

Zdziwiona, podniosła głowę. Miała jasne, krótkie włosy. Blondyn był zaniepokojony.

– Znacie się?

Dziewczyna spojrzała na męża, potem na Feliksa. Zmarszczyła brwi.

– Czy ja pana znam?

– No… może się troszkę zmieniłem. To już kawał czasu. To twój mąż?

Justyna wyglądała na zdezorientowaną. Blondyn położył rękę na ramieniu Feliksa.

– Niech pan idzie do domu i wytrzeźwieje – powiedział stanowczo.

Feliks zdjął jego rękę z ramienia.

– Kurczę, nie piłem – obruszył się – jestem w pracy…

Zdał sobie sprawę, jak idiotycznie to zabrzmiało, ale nie przestawał patrzeć na dziewczynę.

Blondyn się poruszył.

– Zaczekaj – odezwała się Justyna – Feliks?

– Tak sądzę – mruknął Feliks, czując coraz większy bałagan w głowie.

– No nie, ale ty się zmieniłeś… Można się ciebie wystraszyć.

– Kto to? – włączył się coraz bardziej zaniepokojony mąż. Justyna nie odpowiedziała.

– Co tu robisz akurat dzisiaj?

– Miałem sprawę… tu, obok.

Na chwilę zapadła cisza.

– A ty?

– Rodzice tu…

– No tak, faktycznie.

Znów chwila ciszy.

– Chcesz wejść? – bąknęła niezdecydowanie.

– Nie, za pół godziny mam pociąg.

– To nie zdążysz – wyrzuciła i zająknęła się.

– Yyy, to znaczy… za godzinę. Zdążę na pewno. Właściwie za dwie godziny.

Zamilkli. Justyna włożyła ręce do kieszeni, potem wyjęła, potem znów włożyła. Zniecierpliwiony blondyn wziął żonę pod rękę.

– Chodź.

– Poczekaj, przecież ci jej nie zjem.

– Zmykaj stąd, bo się zdenerwuję.

– Skąd ty wzięłaś takiego nerwowego faceta? – Feliks próbował zażartować.

Blondyn chwycił go za szalik.

– Odczep się od mojej żony.

– Człowieku, przecież ja jej nic nie robię. Zastanów się chwilę.

– Przestań. – Justyna pociągnęła męża za rękaw. – To stary znajomy. Śpieszy się na pociąg. – Spojrzała na Feliksa. Uśmiechnął się.

– Właśnie, śpieszę się na pociąg. Powodzenia.

Blondyn puścił szalik. Feliks ruszył przed siebie, nie oglądając się. Dobiegły go stłumione wyrzuty.

– Co to za oprych?! Nie chcę go widzieć…

– Oj, uspokój się…

– Jak można… prymityw…

Potem zatrzasnęły się drzwi. Zmierzał powoli ku przystankowi, burcząc sam do siebie, że świat schodzi na psy.

Coraz bardziej czuł zimno.

 

*

Otworzył przeszklone drzwi i wszedł do środka. Nareszcie ciepło. Rozejrzał się po dworcu. Ludzi ciągle niewielu. Większość sklepików zamknięta. Otwarta kasa, kantor wymiany walut, prowizoryczny bar. Trzeba coś zjeść. Pociąg dopiero za cztery godziny.

Kupił hamburgera i colę.

Cola była wyłącznie z lodówki, a nic ciepłego nie mieli. Usiadł na podłodze przy okienku sprzedawcy. Zaczął rozmyślać o tym, że nie chce zostawać w tym mieście, gdzie grzeją ludzi colą z lodówki i gdzie trzeba czekać na pociąg cztery godziny, i gdzie świętuje się Nowy Rok.

Zjadł i poczuł się spokojniejszy. Znów ogarnęła go senność, więc podniósł się, żeby ją rozpędzić. Myśli biegły mu dziwnymi torami, jakby śnił. Gotów byłby nawet uwierzyć, że ostatnie godziny to faktycznie jakiś ironiczny sen, gdyby nie ten facet z siodełkiem od roweru. Śpi na ławce, trzymając kurczowo trzonek. Biedak, pewno się załamał. Na samym siodełku sobie nie pojeździ.

Wypił colę do końca, żeby się otrzeźwić, i oddał butelkę. Powędrował ku wolnej ławce i rozsiadł się naprzeciwko jakiegoś staruszka z małą walizką. Staruszek wyglądał porządnie i sympatycznie, a to bardzo niedobrze. Pewno zaraz będzie usiłował zawrzeć znajomość i trzeba będzie z nim dyskutować. Nie miał na to siły. Staruszek przyglądał się przez chwilę Feliksowi i uśmiechnął zachęcająco.

– A wie pan…

No tak. I jak tu takiego zignorować. Próbował słuchać, ale nie mógł się skupić. Zaczął myśleć o listach, które ma do wysłania, i wydały mu się one jak z innej bajki. Wszystko było obce i z innej bajki. Pragnął tylko zasnąć. Ale nie mógł, bo miał ważne papiery. Też z innej bajki. Ocknął się na chwilę i usłyszał jakieś słowa.

– Zawsze tak mówili i teraz też mówią. Niby jest coraz lepiej, a tak naprawdę jest coraz gorzej.

„No tak. Dziadek ma rację. No bo niby jest coraz lepiej – a jest coraz gorzej”.

– Teraz Nowy Rok, może coś się zmieni.

– Panie… wie pan co? Ja tam nie wierzę w żaden Nowy Rok.

Feliks się zamyślił.

„Dziadek ma rację. Po co komu Nowy Rok? Ile to zamieszania”.

Nie chciał lubić i nie lubił tego miasta i Nowego Roku.

I nie chciał wiedzieć dlaczego.

Po co to komu?

Sławomir Płatek

Sławomir Płatek

Gdański poeta, animator kultury, publicysta filmowy i literacki. Autor siedmiu książek poetyckich. Nagradzany w licznych konkursach poetyckich, obecnie juror i organizator. Dyrektor festiwalu Fala Poprzeczna w Gdańsku. Prezes Stowarzyszenia Salon Literacki, prowadzi działalność wydawniczą i warsztatową. Odznaczony Medalem Prezydenta Pawła Adamowicza za wieloletni wkład w życie kulturalne Gdańska.

 

Wiktoria Szamotulska

Wiktoria Szamotulska

Z wykształcenia ilustratorka, w praktyce karykaturzystka. Pasjonatka namiętnie pogniecionych kartek i zaschniętego tuszu.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Stara rura & krata piwa Stara rura & krata piwa Stara rura & krata piwa
Jacek Szafranowicz

Stara rura & krata piwa

życie pozapłodowe życie pozapłodowe życie pozapłodowe
Filip Matwiejczuk

życie pozapłodowe