Nasze wakacyjne potrzeby czytelnicze miewają różne oblicza – czasem marzymy o książce, która wciągnie nas od pierwszej strony i pozwoli całkowicie odłączyć się od świata, a innym razem szukamy czegoś, co pobudzi głowę. Zatem urlopowy bagaż literacki nie powinien być jednowymiarowy. Obok lekkich, zabawnych historii, idealnych na leniwe popołudnie w słońcu, warto spakować też tytuły, które wymagają większego skupienia i dają satysfakcję z odkrywania kolejnych warstw tekstu. Zamiast w pośpiechu upychać do walizki pierwsze lepsze książki z półki, zawczasu przygotujmy odpowiedni ekwipunek – taki, który pasuje do każdego nastroju i każdej pogody.
Dominique Laporte Historia gówna (z francuskiego przełożył i posłowiem opatrzył Piotr Sobolczyk, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2026)
Trzeba przyznać, że tytuł ma w sobie szczerość, której próżno szukać w dziewięćdziesięciu procentach książek na rynku. Żadnego mydlenia oczu metaforami – po prostu Historia gówna, prosto z mostu, jakby Dominique Laporte chciał od razu odsiać tych, którzy szukają czegoś lekkiego na plażę. I rzeczywiście odsiewa, bo to nie jest żart rzucony w biurowej kuchni, tylko taki, który wymaga wcześniejszego przeczytania Foucaulta – i to najlepiej ze zrozumieniem. Jedni odłożą tę książkę z niesmakiem, inni kupią ją dla żartu, a jeszcze inni zaczną się zastanawiać, co właściwie da się powiedzieć o gównie na blisko dwustu stronach. Odpowiedź brzmi: zaskakująco dużo. I wcale nie chodzi o skatologiczne ciekawostki!
Polski czytelnik czekał na ten esej blisko pół wieku – od 1978 do 2026 roku. Co samo w sobie jest chyba najlepszym możliwym komentarzem do tego, o czym ta książka opowiada. Bo Laporte – francuski psychoanalityk, który zmarł w 1984 roku, niedługo po tym, jak jego książka zrobiła zamieszanie na paryskich salonach – pisze właśnie o tym, jak cywilizacja uwielbia coś odkładać, przetrzymywać, marynować latami, zanim w końcu pozwoli temu ujrzeć światło dzienne. Dzięki wydawnictwu słowo/obraz terytoria, którego inicjatywa przerwała długotrwały proces ukrywania tej pozycji przed polskimi czytelnikami, mamy w końcu jej przekład – nawiasem mówiąc, odpowiada zań Piotr Sobolczyk, co ma niebagatelne znaczenie, bo tekst pełen jest gier słownych i kalamburów, przy których niejeden tłumacz załamałby ręce. Ale dość już o czekaniu – pora sprawdzić, na co właściwie czekaliśmy. Cofnijmy się więc do samego źródła tej historii.
Punktem wyjścia rozważań autora jest rok 1539 i Franciszek I, który jednym podpisem robi z francuskiego język urzędowy, a drugim każe paryżanom przestać wylewać nieczystości na ulicę. Laporte, zamiast machnąć ręką na zbieg okoliczności, buduje na nim całą filozoficzną konstrukcję: czyścimy język, czyścimy miasto, a co za tym idzie, jednocześnie rodzi się i gramatyka, i kanalizacja. Ambitne? Bardzo. Naciągane? Momentami też. Ale w tym cała frajda – to nie jest tekst, który boi się przesady, tylko taki, który traktuje przesadę jak metodę badawczą.
Najlepsze jest jednak to, co z tego edyktu sanitarnego wyrasta: skoro każą ci zbierać własne nieczystości, to nagle masz coś swojego. Twoje gówno, twoja sprawa, twoja prywatność – i, jak się okazuje, twój pierwszy krok w stronę własności prywatnej w ogóle. Laporte ciągnie tę nitkę aż do kapitalizmu (z jednej strony) i rzymskiego pecunia non olet (z drugiej), pokazując, jak fekalia zamieniały się w nawóz, nawóz w towar, a towar w podatek. Pieniądz nie śmierdzi, mawiali Rzymianie – ale żeby ta zasada w ogóle miała sens, ktoś się najpierw musiał przy tym gównie ubrudzić.
A jak już o smrodzie mowa: trzecia część książki to demolka naszej obsesji na punkcie czystości. Laporte nie przekonuje, że higiena jest czymś złym. Sugeruje raczej, że obsesja sterylności wyrasta z głęboko ludzkiego lęku. Dezodoranty, perfumy, pachnące detergenty czy rytuały czyszczenia nie służą wyłącznie zdrowiu – są próbą zamaskowania tego, że ciało nieustannie przypomina o swojej biologii, śmiertelności i zwierzęcym pochodzeniu. Im bardziej się szorujemy, tym głośniej krzyczymy: „nie jestem zwierzęciem”, co oczywiście stanowi najlepszy możliwy dowód na to, że jednak jesteśmy. Gdyby Laporte pisał dziś, miałby gotowy materiał na cały sezon obserwacji o serum do twarzy i detoksach sokowych. Ale wystarczyło mu czterysta lat starszych źródeł, żeby trafić w sedno równie celnie.
Stylistycznie to czysty (nomen omen) postmodernizm francuski – dużo skojarzeń, dużo ironii, zero linearności. I tu trzeba być szczerym: ta książka nie trzyma cię za rękę. Laporte skacze z myśli na myśl, jakby wypił dzbanek espresso, a czytelnik biegnie za nim, gubiąc co chwilę wątek i zastanawiając się, czy to jeszcze o higienie czy już o psychoanalizie, czy może o jednym i drugim naraz, bo przecież dlaczego nie. To nie jest wesoła anegdotka do poduszki – raczej intelektualny tor przeszkód, a nagrodą na mecie jest poczucie, że ktoś właśnie przeprogramował ci sposób patrzenia na własną łazienkę.
Komu to polecić? Na pewno nie tym, którzy chcą się pośmiać rubasznie i bez zobowiązań – bo Laporte śmieje się inaczej, takim śmiechem, który najpierw cię rozbrawia, a potem każe ci się zastanowić, dlaczego w ogóle się śmiałeś. I może właśnie dlatego Historia gówna okazuje się książką nie tyle o gównie, ile o nas samych – o wszystkich tych eleganckich sposobach, dzięki którym udajemy, że nigdy nie mieliśmy z nim nic wspólnego.
Marcin B. Łukasiewicz Śmierć na osiedlu (Wydawnictwo Flow, Gdańsk 2026)
To klasyczna komedia kryminalna, w której intryga kręci się wokół nagłej śmierci znienawidzonego prezesa spółdzielni mieszkaniowej – Zygmunta Baranowskiego. Fabuła zawiązuje się, gdy osuwa się on z osiedlowej ławki uderzony przypadkowo kopniętą piłką, a z jego skórzanej aktówki wysypują się kradzione sąsiadom przedmioty, w tym niemiecki krzyż, czerwona lina, obroża, nóż oraz woreczek z tabletkami. Kiedy sekcja zwłok wykazuje, że został otruty (trutka na szczury jako przyprawa do salami), policja natychmiast zatrzymuje podejrzanego o zbrodnię nastolatka. Wtedy bystra Hania wraz z panią Ewą rozpoczynają amatorskie śledztwo…
Książka bawi ze względu na (świadomą lub nie) satyrę społeczną i świetnie uchwycone realia polskiego życia w blokach. Wojny pomiędzy „spółdzielnią” (Baranowski) a „wspólnotą” (mieszkańcy) – między innymi o zrywanie płyt chodnikowych prowadzących do budynków czy zdemontowane przed zimą węzły ciepłownicze – potrafią rozbawić. Olbrzymią zaletą są też wyraziste postacie: pyskata (ponad!) siedemnastoletnia Hania, pracująca w osiedlowym sklepie; wścibska pani Ewa o zacięciu detektywistycznym; policjant Kruszyna, który komunikuje się ze światem za pomocą pomruków, czy lokalny pijaczek Edek, prezentujący moralny i życiowy spryt.
Wspomniana wyrazistość, czasem wręcz karykaturalność, dla jednych będzie zaletą tej książki, dla innych może się okazać jej słabością. Dla czytelników szukających twardego realizmu ten poziom absurdu może być nie do zaakceptowania. Dodatkowo pewne gagi – jak notoryczne podbieranie papierosów od nastolatki przez policjantów – pod koniec lektury mogą nieco tracić na świeżości.
Antonio Musarra Wyspa, której nie ma. Geografie wyobrażone pomiędzy Morzem Śródziemnym a Atlantykiem (przełożyła Joanna Ugniewska, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2026)
Satelita Elona Muska właśnie zrobił zdjęcie twojego ogródka działkowego na Stogach, a ty prawdopodobnie sprawdzasz na ekranie telefonu, czy kurier z paczką minął już Hucisko. Jesteśmy bezwzględnie zmapowani. Każdy metr kwadratowy globu został uwięziony w pikselach i odarty z tajemnicy. Nuda. Na szczęście Antonio Musarra w książce Wyspa, której nie ma przypomina o czasach, kiedy brak wiedzy geograficznej leczono najwspanialszym narkotykiem świata: czystą, nieskrępowaną ściemą.
Wyobraź sobie świat, w którym kartografia była bardziej podgatunkiem literatury fantasy niż nauką. Średniowieczni i renesansowi rysownicy map podchodzili do tematu z ułańską fantazją. Jeśli w ich wiedzy o środku Atlantyku ziała wielka, pusta dziura, nie zostawiali tam na mapie białej plamy. O nie, to byłoby mało profesjonalne. Wrzucali tam wyspę. I to nie byle jaką: raj ziemski, krainę wiecznej młodości albo ląd, na którym siedmiu hiszpańskich biskupów zbudowało luksusowe chrześcijańskie metropolie. Musarra robi z tego niesamowity, momentami arcyzabawny reportaż historyczny o tym, jak cała Europa przez stulecia zbiorowo wierzyła w fake newsy o wielkości kontynentów.
Najlepsze jest to, że te fantasmagorie traktowano śmiertelnie poważnie. Biznesmeni z Genui czy Wenecji, faceci, którzy potrafili policzyć każdego grosza, bez mrugnięcia okiem finansowali gigantyczne wyprawy morskie, żeby te zmyślone lądy odnaleźć. Kiedy kapitan wracał po roku, meldując, że na wskazanym miejscu zastał tylko wodę i ławice ryb, nikt nie mówił: „Oszukano nas”. Mówiono raczej: „Ach, mityczna wyspa Hy-Brasil znowu schowała się we mgle, skubana! Spróbujemy za rok”. To była bezczelna, geometrycznie wyrysowana materializacja ludzkich życzeń, która napędzała realną ekonomię i wielką politykę.
Jednak w pewnym momencie książka drastycznie gasi nasz uśmiech. Musarra pokazuje bowiem, co się stało, gdy Europejczycy realnie natknęli się na Wyspy Kanaryjskie, które wcześniej znali tylko jako rajskie, literackie ogrody. Mit zderzył się z kolonizacyjnym walcem, doprowadzając do rzeźni i ostatecznej zagłady kultury rdzennych mieszkańców, Guanczów. Podbój Kanarów stał się brutalnym poligonem doświadczalnym; to tam wypracowano bezwzględną matrycę kolonizacji, przymusowej chrystianizacji i eksploatacji, która zmieniła Atlantyk w autostradę dla konkwistadorów.
I tu na scenę wkracza Krzysztof Kolumb – jako bezpośrednie, logiczne przedłużenie tego kanaryjskiego koszmaru. Musarra genialnie demontuje pomnik nowoczesnego wizjonera, pokazując nam człowieka całkowicie uwięzionego w średniowiecznej, mistycznej wyobraźni, a jednocześnie doskonale przygotowanego do roli kolonialnego zarządcy. Kolumb ruszył na zachód karmiony tymi samymi opowieściami, które spaliły Kanary – płynął przecież po mityczną Antilię, a u ujścia rzeki Orinoko niemal namacalnie szukał biblijnego Edenu. Paradoks polega na tym, że Nowy Świat został podbity i bezwzględnie skolonizowany za pomocą tych samych, wypróbowanych wcześniej metod, ponieważ człowiek, który go „odkrył”, mentalnie nigdy nie opuścił świata starych zabobonów i rajskich halucynacji.
Wyspa, której nie ma bywa momentami trudna – Musarra potrafi ugrzęznąć w nużących analizach porównawczych trzynastu różnych wersji tego samego mnichowskiego traktatu, co może zbrzydnąć komuś, kto liczył na lekką marynistyczną opowieść. Ale jako całość to kronika wielkiego, globalnego odczarowania świata. Ostateczne wyczyszczenie map z nieistniejących archipelagów i zamknięcie epoki romantycznego szaleństwa.
Dziś, gdy Ziemia została doszczętnie skatalogowana i zadeptana, nie uciekniemy już przed własną nudą na żadną bezprawnie wymyśloną wyspę – no, chyba że ostatecznie skolonizujemy Marsa i tam zaczniemy od nowa rysować mapy własnych lęków, potworów i niespełnionych utopii.
Kamila Bryksy Zamęt (Wydawnictwo Mięta, Warszawa 2026)
To pełen napięcia thriller, którego akcja rozpoczyna się od zniknięcia w gdańskim zoo dwunastoletniego Maksa. Cóż… Kuba, ojciec chłopca, całkowicie pochłonięty telefonem, był sam sobie winny tej sytuacji. Tymczasem jego żona Iga budzi się z lukami w pamięci po imprezie w obcym mieszkaniu. Nie wie, gdzie jest i co tu robi. I wtedy odbiera telefon od Kuby z wieścią, że ich syn zniknął.
Oboje natychmiast rzucają się na poszukiwania, lecz zamiast wspólnie działać, zaczynają się nawzajem oskarżać – skrywając przy tym własne kłamstwa, które lada chwila mogą wypłynąć na powierzchnię. Z każdą godziną te sekrety – zdrada, dawne oszustwa, finansowe machlojki – zaczynają ciążyć bardziej niż sam fakt zaginięcia Maksa. W tle całej sprawy czai się Anika, dawna przyjaciółka Igi…
Główną zaletą tej powieści jest dynamiczna struktura narracyjna – autorka oddaje głos głównie dwóm różnym osobom: matce i ojcu. Godzinowy zapis w nagłówkach rozdziałów sprawia, że przez książkę dosłownie się płynie, chcąc jak najszybciej odkryć ukrywaną prawdę o rodzinnym dramacie. Z drugiej strony książka może budzić opór. Dlaczego? Bryksy nagromadziła w ciągu kilkunastu godzin taką mnogość nieszczęść i zbiegów okoliczności, że momentami cierpi na tym realizm opowieści, a finałowe wyznania czarnego charakteru przypominają nieco przerysowany monolog z hollywoodzkiego kina akcji.
Komu zatem polecić tę pozycję? Myślę, że to lektura dla fanów dynamicznych historii z dreszczykiem oraz dla tych, którzy szukają książki na czas jednego opalania na plaży.