Demony

Ilustracja: Volha Zarouskaya

– Mamy ich, mamy! – Czterech rosłych mężczyzn wlecze leśną ścieżką dwoje przerażonych ludzi. Rozbiegane światła latarek wydobywają z mroku pnie drzew, rozczapierzone gałęzie, nastroszone krzaki. Czasem poświata odbija się od klamry skórzanego pasa z kaburą albo oświetla opaskę ze swastyką. Stary Fritz czeka cierpliwie, oparty o chłodny pień buka na skraju niewielkiej polany. Kiedyś, dawno temu, stał oparty o to samo drzewo i patrzył.

Dzisiaj ma prawie siedemdziesiąt lat i wie, że w końcu odzyska to, co wówczas stracił. Na środku polany stoi kamienny stół, pradawny ołtarz, który w zimnym głazie skrywa magiczną moc. Fritz ułożył na nim kilka przedmiotów: cienki i ostry srebrny sztylet, bryłkę węgla, niewielkie lustro, fragment czerwonego sznura, pęk ziół, dwie czarne świece. Rozsypana na blacie sól układa się w finezyjne ni to wzory, ni to litery. Fritz czeka, jest gotowy. Wiele razy wyobrażał sobie tę chwilę, wiele razy powtarzał półgłosem słowa inwokacji, wykonywał w powietrzu tajemne gesty.

*
– Janka, zaczekaj! – Śmiejąc się i nawołując, chłopak biegnie przez las za dziewczyną. Jest maj, wszystko wokół się zieleni, kwitnie, lśni w promieniach słońca. W gałęziach drzew przekrzykują się zięby, kosy, sikorki, dzwońce, trznadle i cała ta wiosenna ptasia hałastra. W tej wrzawie głos dziewczyny też brzmi jak ptasi trel.

– Złap mnie, Arturze, złap, jeśli potrafisz!

Młodzi lawirują między drzewami, wreszcie wypadają na niewielką polanę. Janka obraca się i opiera plecami o pień drzewa. Po chwili Artur jest przy niej, przywiera całym ciałem i próbuje całować. Wtedy jednak dziewczyna przestaje się śmiać, wyrywa z objęć.

– Nie, nie chcę, zostaw – mówi stanowczo. Artur jakby nie mógł zrozumieć. Ponownie próbuje ją objąć, ale ona gwałtownie odpycha go, odwraca się i odchodzi.

*
Fritz uwielbia Artura. Uważa starszego brata za autorytet, w końcu nikt inny nie potrafi tak doskonale łapać żab, wspinać się na drzewa czy strzelać z procy do gołębi. Starszy z braci wszystko to umie i chętnie dzieli się swymi umiejętnościami z młodszym rodzeństwem. Wspólnie spędzają całe dnie, a w majątku Celbau, który przez okrągły rok tętni życiem, zawsze jest co robić, za czym pobiec, co obserwować. Zresztą Artur, Fritz i najmłodszy z braci Erich mają też obowiązki. Ich ojciec Heinrich, syn gdańskiego browarnika, mocno zaangażowany w nadzór nad folwarkiem i jego ciągłą rozbudowę, widzi w chłopcach pomocników i następców. Zaprzątają ich więc wiosenne siewy, wypas krów i owiec, potem lato i żniwa, zbiory owoców w sadach, jesienna orka; nawet zimą, gdy cały świat zamiera pod śniegiem, a wysokie kopce buraków dawno wywieziono do Pucka, w folwarku pracy nie brakuje.

Oczywiście dzieci w majątku jest więcej. Maria i Frieda nie podzielają zainteresowań braci. Większość czasu spędzają w niewielkim pałacu, u boku matki i w otoczeniu służby, a chłopcy często robią siostrom psikusy, wykorzystując ich strach przed żabami i myszami. Pod wieloma względami braci więcej łączy z dzieciakami mieszkających w czworakach pracowników folwarku, a także chłopów z pobliskiego Brudzewa. Cała ta umorusana czereda przypomina stado kłócących się wiecznie i skaczących to tu, to tam wróbli. Wśród tych rozkrzyczanych i rozochoconych wróbli wyróżnia się Janka. Zadziorna i odważna, jest doskonałym kompanem zabaw. Pewnej nocy, tuż przed snem, Artur wyznaje Fritzowi:

– Zobaczysz, kiedyś Janka zostanie moją żoną.

*
– Przeklęta suka! – Stary Fritz spluwa przez zęby, kiedy czterej członkowie lokalnego Selbstschutzu wciągają przerażoną kobietę na polanę. Mimo zmarszczek i siwych, a teraz mocno potarganych włosów od razu ją poznaje. To ona jest wszystkiemu winna, teraz pomoże mu odzyskać to, co przez nią stracił!

Kobieta też go poznaje.

– Fritz, na Boga, co wy robicie!? Wypuśćcie nas! – krzyczy. Ale starzec każe swoim ludziom położyć kobietę na kamiennym stole. Ta, choć wciąż się szamocze, nie ma szans w starciu z dwoma osiłkami. Rzucają ją na nierówny, zimny blat jak szmacianą kukłę.

– Janka! – słyszy pełen rozpaczy głos swojego męża. Widzi przez chwilę jego twarz, jego przerażone oczy, potem Andrzej uderzony lagą w tył głowy osuwa się na kolana i upada twarzą do ziemi.

*
Bracia wyrośli, nie są już dziećmi. Wszyscy trzej, nawet ten wiecznie zasmarkany kiedyś Erich, stali się młodymi mężczyznami. Artur od dawna jest w Celbau gospodarzem. Ojciec zmarł w 1882 roku, kiedy chłopcy mieli ledwie dwanaście, dziesięć i dziewięć lat. Teraz wszyscy są już po dwudziestce i rodzinny majątek zaczyna być dla nich zbyt ciasny. Fritz zastanawia się nad wyjazdem i studiami, zawsze ciągnęło go do Gdańska. Erich regularnie składa towarzyskie wizyty córkom właścicieli pobliskich majątków. I tylko Artur wciąż durzy się w Jance. Ta jednak ani na niego spojrzy. Od kilku miesięcy spotyka się z Andrzejem, zatrudnionym w majątku pomocnikiem kowala.

*
Odgłos pękającej gałązki jest tak niespodziewany, że Janka z przestrachem podnosi głowę. Rozgląda się, ale las wygląda zwyczajnie i spokojnie. Na kobiercu z rudych liści wciąż skrzą się krople wody po niedawnym deszczu. Pachnie wilgotną ziemią i grzybami. Dziewczyna schyla się i uśmiecha na myśl o pełnym koszu borowików i brzozaków, gdy nagle jakiś ponowny trzask zwraca jej uwagę. Ktoś faktycznie zbliża się do polany. Po chwili już go widzi, to Artur, właściciel majątku. Znają się od dziecka, razem dorastali, a kiedyś, dawno temu, nawet lubiła jego towarzystwo. Może więcej niż lubiła. Z czasem jednak zrozumiała, że ich życia to dwa różne światy. Że prosta dziewczyna może być – i zawsze będzie – tylko zabawką młodego panicza.

– Śledziłeś mnie? – rzuca zaczepnie, by ukryć zaskoczenie i niepokój.

Artur się uśmiecha i podchodzi bliżej. Chce coś powiedzieć, ale dostrzega dziwny grymas na twarzy Janki, połączenie strachu i niechęci. Dziewczyna próbuje cofnąć się o kilka kroków. I wtedy w oczach Artura pojawia się coś zimnego, strasznego. Mężczyzna bez słowa łapie Jankę za nadgarstki, przyciąga do siebie, boleśnie zaciska ramiona wokół jej ciała.

– Zamknij się – syczy jej wprost do ucha i rzuca na ziemię.

Dziewczyna czuje pod policzkiem miękkie i mokre liście. Przyciąga do ciała rozrzucone szeroko dłonie. Krople deszczu mieszają się na jej twarzy ze łzami. Na leśnej polanie jest cicho, tak cicho, jakby cały świat się zatrzymał i zamarł.

– Przeklinam cię. Przeklinam ciebie i całą twoją rodzinę – szepcze Janka.

*
Wiosna. Całe Celbau budzi się do życia. Tylko Artur wydaje się ciągle jeszcze pogrążony w zimowym śnie. Zarządza majątkiem, wydaje polecenia, ale nie ma w tym energii i radości. Wieczorami wymyka się z pałacu. Fritz często słyszy jego kroki na schodach, a gdy wygląda przez okno, widzi ciemną sylwetkę snującą się parkowymi alejami. Ta noc jest ciepła i jasna od księżycowego blasku. Artur krąży po parku, wreszcie rusza wolno w stronę pobliskiego lasu. Młodszy brat długo i z miłością go obserwuje, potem wraca do łóżka i zasypia.

Rano okazuje się, że gospodarz Celbau zniknął. Nie zszedł na śniadanie do salonu, nie ma go w pokoju, nie kręci się po kuchni, nie widziano go również w folwarku. Fritz narzuca pelerynę i idzie do lasu. W deszczu mija parkową aleję, przechodzi obok rodzinnych grobów na niewielkim cmentarzu, a potem wchodzi w las, coraz głębiej. Kiedy już zbliża się do polany, dostrzega między drzewami jasną plamę. Oddycha z ulgą, choć nie może zrozumieć, czemu Artur stoi tam w tym ulewnym deszczu.

Ale Artur nie stoi. Jego martwe ciało dynda na sznurze przerzuconym przez gałąź smukłego buka. Oczy ma zamknięte, twarz spokojną. Unosi się nad ziemią w absolutnej ciszy, którą zakłóca w tej chwili jedynie szelest deszczu na liściach.

Fritz opiera się o pień buka. Patrzy na brata i płacze.

*
Wielka wojna, która wybuchła tak daleko stąd, nagle wyciąga w kierunku spokojnego, skrytego na końcu świata majątku swoje ręce. Młodzi mężczyźni, pracownicy folwarku i mieszkańcy okolicznych wsi, zostają wcieleni do armii. Pobór nie omija również Fritza i Ericha. Erich wraca do Celbau bardzo szybko. Martwy. Kula dosięgła go we Francji, gdzieś na błotnistej, poszarpanej niezliczonymi bombami i pociskami ziemi niczyjej. Ma szczęcie, że zostaje pochowany w rodzinnych stronach. Dla wielu innych młodych ludzi z Pomorza anonimową mogiłą będzie lej po pocisku albo zasypany ziemią okop.

Na niewielkim cmentarzu za pałacem staje kolejny kamienny nagrobek. Brat spoczywa obok Artura. Tymczasem Fritz mocuje się z wojenną zawieruchą jeszcze długie pięć lat. Wraca z francuskiej niewoli chudy, milczący, w niewielkim tobołku ma tylko gruby plik odręcznych notatek. Niektórzy mówią, że oszalał w niewoli. Inni twierdzą, że w głowie pomieszał mu gaz.

*
– Fritz, co się z tobą dzieje? – w głosie Erny słychać troskę. Martwi się o męża, niepokoi ją jego milczenie, wieczne zamyślenie. Owszem, wciąż angażuje się w życie majątku, potrafi zarządzać robotnikami, ale w stosunku do żony i córki jest jakiś inny. Zimny, obojętny i nieobecny. Rzadko rozmawiają, rzadko wspólnie spędzają czas. Fritz niemal każdego wieczoru znika w swoim gabinecie, gdzie długo w noc ślęczy nad jakimiś książkami albo coś pisze.

Któregoś dnia udaje jej się zajrzeć w te notatki. „Całą przyrodę, zarówno tę ożywioną, jak i nie ożywioną, przenika ta sama duchowa siła. Nie znika ona nigdy, wędrując bez końca przez różne byty. Duchowa energia składa się z energii siedmiu planet reprezentowanych przez siedem metali, które dopiero, gdy się ze sobą połączą, mogą na krótko obdarować szczególną energią wszystkie żywe istoty. Jest to energia Księżyca (srebro), Marsa (żelazo), Merkurego (rtęć), Jupitera (cyna), Wenus (miedź), Saturna (ołów) oraz Słońca (złoto). Energię tę, nieuchwytną na pozór i wędrującą przez zaświaty, można w odpowiednich warunkach przywołać”… Poza tym jakaś zbieranina cytatów, urywków. Tu Biblia, tam fragmenty wierszy Scheffela, Goethego. Coś o duchach, demonach. Przywoływaniu dusz. Dziwne odręczne rysunki przedstawiające starożytne świątynie przyozdobione tajemniczymi znakami. Szkice kamiennych konstrukcji – ni to grobów, ni to ołtarzy. Na jednej z kartek zdanie kilkukrotnie podkreślone grubą kreską: „Życie jest wieczne”. Jest w tych zapiskach coś przerażającego. Erna szybko ucieka z pokoju.

*
Wiosna 1930 roku jest kapryśna. Mróz długo nie chce odpuścić, śnieg bardzo wolno znika z pól. Kiedy wreszcie słońce rozmraża ziemię, robotnicy z Celbau przystępują do orki. Dwie potężne, posapujące lokomobile wolno suną wzdłuż przeciwległych skrajów pola. Między nimi na stalowej linie w tę i z powrotem przesuwa się olbrzymi dwukierunkowy pług. Cała ta maszyneria to nowy nabytek Fritza – oznaka postępu, ale i potwierdzenie statusu właściciela majątku.

Nagle potężny stalowy jęzor pługu zahacza o coś z gwałtownym zgrzytem i wykrzywia się, zrywając stalową linę. Robotnicy klną, biegną przez pole. Ktoś stara się zatrzymać maszynerię, ktoś inny łapie się za głowę. Na środku pola, w wyrytej przez pług bruździe, leży na wpół odsłonięty płaski kamień. Jest potężny i wygląda jak naruszone przez lemiesz pługa wrota do podziemnego świata. Może wiodą do piekła? Kilku mężczyzn stojących najbliżej ukradkiem wykonuje znak krzyża. Inni spluwają przez ramię. Tylko Fritz patrzy na kamień zafascynowany.

*
Stary Fritz pochyla się nad szamoczącą się kobietą. Mężczyźni w mundurach Selbstschutzu posłusznie przytrzymują ją za ręce i nogi, choć chyba nie spodziewali się takiego rozwoju wydarzeń. Polecenie przełożonych było jasne: Polaków wyłapać, przesłuchać, przekazać w ręce Gestapo. Czy to, co się dzieje, to wciąż przesłuchanie? Ich dowódca przecież nawet nie zadaje pytań. Zamiast tego wpatruje się w starą Polkę z nienawiścią, coś mruczy pod nosem, sięga po dziwne leżące na kamieniu przedmioty. Wiązką ziół przeciera czoło, szyję, klatkę piersiową, uda i kolana kobiety. Bryłkę węgla wciska jej wprost do ust. Cienkim sztyletem rozcina ubranie i bieliznę. Czubkiem noża kreśli na nagim ciele tajemnicze znaki. Nienaturalnie niskim głosem powtarza jakieś zdanie w obco i mrocznie brzmiącym języku. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Wreszcie wykrzykuje je po raz ostatni i milknie. W tym samym momencie wbija nóż w serce kobiety, patrząc, jak krew spływa na kamienny ołtarz.

Jeden z osiłków klnie, inny puszcza nogę drgającej konwulsyjnie kobiety, odwraca się i wymiotuje. Tymczasem Fritz wpatruje się w srebrne lustro.

*
Ściągnięcie olbrzymiego głazu z pola i przywleczenie go na leśną polanę zajęło robotnikom wiele godzin. Fritz bywa przy ustawionym z takim trudem kamiennym stole niemal każdej nocy. Wysypuje na zimną, szorstką powierzchnię sól, kreśli w niej tylko sobie zrozumiałe znaki. W migotliwym blasku świec szepcze coś pod nosem. W powierzchnię stołu często wsiąka krew: kurza, później świńska i cielęca, której gospodarz z Celbau zawsze może mieć pod dostatkiem. Po jakimś czasie kamień nabiera rdzawej barwy.

*
Stary mężczyzna, wciąż nisko pochylony nad nieruchomym ciałem Janiny, zdaje się nie słyszeć przekleństw swoich pomocników. Uparcie wpatruje się w stojące na kamiennym ołtarzu lustro. W myślach powtarza raz za razem imię brata. Woła go tak, jak wołał wiele razy w dzieciństwie, gdy budził się w nocy w ich ciemnej sypialni. Albo gdy podczas zabawy starszy brat znikał z pola widzenia. Woła go, jak wołał w czasach młodości, gdy pracując w folwarku, starali się sprostać zadaniom wyznaczonym przez ojca. Woła tak, jak wołał wtedy, gdy znalazł jego ciało i gdy klęczał samotnie przy kamiennym nagrobku.

I nagle lustro na moment jaśnieje, jego tafla zaczyna falować jak drobne zmarszczki na spokojnej wodzie. Gdzieś z głębi wyłania się jaśniejsza plama, która nabiera kształtu i wolno zmienia w twarz. Oczy, nos, linia ust… Z lustra spogląda na Fritza spokojne oblicze Janiny.

– Przeklinam ciebie i całą twoją rodzinę – mówi bezgłośnie kobieta i znika.

Michał Piotrowski

Michał Piotrowski

Dawniej był poetą, ale dekady pracy w instytucjach samorządowych sprawiły, że obecnie jego ulubioną formą literacką jest „komunikat prasowy”. Najbardziej ekstrawertyczny introwertyk w regionie. Często myśli o śmierci i przemijaniu, więc wolny czas najchętniej spędza, eksplorując miejsca opuszczone i popadające w ruinę.

Volha Zarouskaya

Volha Zarouskaya

Artystka, projektantka i ilustratorka, absolwentka Białoruskiej Akademii Sztuk Pięknych. Uciekła z Białorusi w poszukiwaniu wolności osobistej, a z branży game development w poszukiwaniu wolności twórczej (ale czasami tęskni za pensjami z IT). Obecnie mieszka w Gdańsku i jest w nim zakochana jak w żywej istocie. Tworzy grafiki, w których codzienność staje się magią.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Wyjazdowe zapuszczanie ucha w Wolnym Mieście Wyjazdowe zapuszczanie ucha w Wolnym Mieście Wyjazdowe zapuszczanie ucha w Wolnym Mieście
Antoni Michnik

Wyjazdowe zapuszczanie ucha w Wolnym Mieście

Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo
Stasia Budzisz

Niemieckie dziedzictwo jest trochę jak widmo