Rozmowa z Maciejem Falkowskim, autorem reportażu Nasi Niemcy (Czarne, Wołowiec 2026), publikowana w ramach cyklu „Lęk przed Niemcem”, który jest próbą zrozumienia, z czego wynika polski brak akceptacji niemieckiej historii dzisiejszych polskich ziem. Jest też próbą zmierzenia się z niemieckim dziedzictwem kulturowym i próbą wpisania go w naszą teraźniejszość. Próbą jego akceptacji.
Stasia Budzisz: Nasi Niemcy to reportaż o polskich Niemcach, których ślady postanowiłeś wyszukać w bardzo nieoczywistych miejscach. Z Niemcami w Polsce kojarzą się Warmia i Mazury, Pomorze, Śląsk czy Wielkopolska, ale przedstawiasz nam dowody na to, że ograniczając świadomość ich obecności do tych terenów, jesteśmy w głębokim błędzie. Niemcy mieszkali też w Małopolsce, na Mazowszu, Podkarpaciu, Lubelszczyźnie czy Podlasiu. Skąd się tam wzięli?
Maciej Falkowski: Z Niemiec oczywiście. Za sprawą wielowiekowej niemieckiej migracji do Polski. Na samym początku musimy jednak zaznaczyć ważną rzecz: w tym kontekście nie możemy myśleć o Niemczech w ich dzisiejszym kształcie czy bycie politycznym. Takie Niemcy pojawiły się w końcu XIX wieku, wcześniej ich nie było. Do 1806 roku była Rzesza – Święte Cesarstwo Rzymskie – składająca się z mnóstwa państw, państewek, księstw, królestw, uznających zwierzchnictwo cesarza. Spośród nich istotną rolę zawsze odgrywały Prusy i to im – po wojnach napoleońskich, kongresie wiedeńskim, okresie rywalizacji z Austrią i wojnie z Francją w latach 1870–1871 – udało się zjednoczyć Niemcy, tworząc Cesarstwo Niemieckie. Niemniej migranci z tego kręgu kulturowego i językowego do nas napływali. Tak naprawdę sam się tego dowiadywałem w procesie powstawania książki. Początkowo chciałem pisać o Olędrach, bo to oni fascynowali mnie najbardziej, no i prawdopodobnie każdy w Polsce coś o nich słyszał.
SB: To w jaki sposób trafiałeś na niemieckie ślady na Lubelszczyźnie czy Mazowszu? Jechałeś przez region, przypadkiem dostrzegałeś jakiś zniszczony cmentarz i myślałeś, że to może być poniemieckie, zaczynałeś grzebać i okazywało się, że nieoczekiwanie masz rację?
MF: W pewnym sensie tak było. W okolicach Łodzi, na Mazowszu czy w Wielkopolsce, jak się dobrze rozejrzeć, to niemal w każdym powiecie można znaleźć stare, zarośnięte cmentarze, które bardzo często są ewangelickie. I to jest materialne świadectwo tego, że byli tu niemieccy osadnicy. Rzeczywiście, moja praca polegała na szukaniu, na docieraniu po nitce do kłębka. Wiele się podczas niej nauczyłem.
SB: Zastanawiam się nad powszechnie znanymi tekstami naszej kultury, na przykład szkolnymi lekturami, i szukam w nich obecności Niemców. Pierwsza przychodzi mi do głowy Ziemia obiecana Reymonta, w której rzeczywiście są i stanowią ważny element łódzkiej tkanki. To powinno dać nam wszystkim do myślenia, ale zazwyczaj tego wątku nawet nie zauważamy. Nie zadajemy sobie pytania, skąd Niemiec, a przecież jest jednym z głównych bohaterów, się tam wziął. Nie chodzi o to, że ktoś to przed nami ukrywa, ale o to, że sami nie potrafimy łączyć kropek, które wydają się oczywiste.
MF: W filmach, zwłaszcza tych z okresu PRL-u, też wątków niemieckich nie eksponowano, bo to nie było nikomu potrzebne. Jesteśmy tak skonstruowani, że zwracamy uwagę na elementy, które ktoś nam pokazuje, i sami wcale nie staramy się wnikać głębiej. Podobnie bywa z nauką historii w polskiej szkole. Rolą podręczników do tego przedmiotu jest utrwalenie pewnego spójnego obrazu, który ma być jasny i nie mącić ludziom w głowach. Poza tym nie da się opowiedzieć wszystkiego, zatem trzeba dokonać wyboru. Niemców raczej się ruguje z tej wiedzy, co można tłumaczyć traumą drugiej wojny światowej. Zresztą nie jesteśmy w tym rugowaniu odosobnieni. Podobnie robi się w Rumunii, Czechach, Ukrainie, Słowacji, krajach bałtyckich czy w Rosji – wszędzie tam też mieszkali Niemcy, a dziś większość ludzi nie ma o tym pojęcia. Minęło jednak już wiele lat i może czas, by móc się historii przyjrzeć z dystansem. Niemcy przez wieki mieszkali razem z nami, byli częścią naszego społeczeństwa, coś tu po sobie zostawili. Czas się temu przyjrzeć bliżej.
SB: Dlaczego Niemcy wybierali Polskę na emigrację?
MF: Sprawa jest dość prosta, bo większość tych decyzji miała podłoże ekonomiczne. Na przestrzeni wieków decydowały o tym w zasadzie dwie rzeczy: podaż i popyt. Ze strony polskiej – władzy, właścicieli ziemskich, Kościoła – był popyt na ludzi, którzy na przykład znali się na rzemiośle albo mogliby pracować na roli i potrafili gospodarować. U nas ludzi było za mało, brakowało im też niektórych umiejętności, choćby uprawiania ziemi w dolinach rzek, a Niemcy mieli know-how w tym zakresie. Z kolei w Niemczech ze względu na przeludnienie, niedobór gruntów i trudną sytuację ekonomiczną była podaż pracowników. Ludzie jechali więc za chlebem i w poszukiwaniu lepszego losu.
SB: Dziś może się to wydawać dziwne, bo teraz za lepszym losem jedzie się raczej na zachód, nie na wschód. Niemniej na przestrzeni wieków, a na pewno od średniowiecza, kiedy zaczęły się niemieckie migracje, do XIX wieku, kiedy powstała idea narodów, to, czy przyjezdny jest Niemcem, Polakiem czy Holendrem, nie miało większego znaczenia.
MF: Albo miało mniejsze, bo nikt za bardzo tego w ten sposób nie czytał. Poza tym oni też nie jechali do Polski w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Jechali na wschód. Takie kraje jak Hiszpania nadmiar ludzi kierowały do kolonii. Niemcy były ściśnięte w środku Europy i też musiały jakoś sobie radzić. Kiedy popatrzymy na etniczną mapę Europy Wschodniej przed 1945 rokiem, to Niemców znajdziemy wszędzie. I w krajach bałtyckich, i w Rumunii, i w Rosji, i Ukrainie.
SB: Cytujesz w książce profesora Andrzeja Romanowskiego: „przeszłość polską trzeba otworzyć kluczem niemieckim”. Jak to rozumiesz?
MF: Kiedy myślimy o Rzeczypospolitej Obojga Narodów, to myślimy o Polakach, Litwinach, Rusinach, czasem też o Żydach, Ormianach czy Tatarach, ale nie o Niemcach. A również oni byli ważną grupą etniczną, która tworzyła I Rzeczpospolitą. Przyjeżdżali na jej teren jeszcze przed czasami Kazimierza Wielkiego i rozwijali ten kraj. Duża część się polonizowała, inni pozostawali przy swojej kulturze i języku. Oba rodzaje współistnienia odbiły się między innymi w polszczyźnie, która ma w sobie wiele zapożyczeń z niemieckiego. Przywołany cytat rozumiem przez kontekst tych różnorakich zależności: związki z Niemcami, niemieckie wpływy i wątki miały tak duże oddziaływanie na naszą historię, że nie można jej zrozumieć bez uwzględnienia tego elementu.
SB: Myślę, że warto podać statystyki, którymi dzielisz się w książce. Do wybuchu drugiej wojny światowej na terenie ówczesnej Polski było około miliona polskich obywateli narodowości niemieckiej, z czego pół miliona mieszkało w Kongresówce.
MF: To liczba ze spisu powszechnego z 1921 roku, w którym język niemiecki jako ojczysty zadeklarowało trochę ponad milion osób zamieszkałych w granicach ówczesnej Polski. Potem ta liczba się zmniejszała, bo część z nich wyjechała do Niemiec. W 1939 roku było ponad 700 tysięcy polskich obywateli deklarujących się jako Niemcy. Najwięcej mieszkało na Pomorzu, Śląsku, w Wielkopolsce, ale bardzo wielu też w innych regionach: pod Łodzią, na Mazowszu, na Wołyniu, Lubelszczyźnie. Takich społeczności, które miały niemieckie korzenie, ale czuły się Polakami, było jeszcze więcej. Można tu wymienić choćby Bambrów z Poznania czy Głuchoniemców z Podkarpacia. Oni byli zdeklarowanymi Polakami, chociaż z niemieckimi korzeniami. Spolonizowali się jakoś między XVIII a XIX wiekiem.
SB: Ważniejsza w kontekście podziałów wydawała się konfesja, dopiero za nią szła narodowość. Polak katolik, Niemiec ewangelik – tak było najprościej, choć nie do końca zgodnie z rzeczywistością. Proces polonizacji, który zachodził głównie w XIX wieku, nazywasz „polskim Kulturkampfem”. Czy to do dziś znajduje swoje echa?
MF: Myślę, że tak, jak najbardziej. Zacznę od tego, że religia w istocie odgrywała ogromną rolę, jeśli chodzi o tożsamość i identyfikację. Ci migranci, którzy byli katolikami, z reguły bardzo szybko się polonizowali. Ale nie jest do końca prawdą, że działo się to pod przymusem. Powiedziałbym nawet, że w niektórych sytuacjach było odwrotnie. I tu dobrym przykładem są poznańscy Bambrzy. Spolonizowali się wbrew niemieckim władzom, które prześladowały Kościół katolicki w okresie Kulturkampfu. Bismarck widział w Kościele katolickim zagrożenie dla niemieckiej władzy i dla Cesarstwa w ogóle, więc zaczął Kościół przyciskać. Bambrzy byli gorliwymi katolikami, zatem automatycznie stanęli po stronie Kościoła, a nie władz pruskich. A że w XIX wieku Kościół w Wielkopolsce był polski, działali tam polscy biskupi i polskie duchowieństwo, to Bambrzy siłą rzeczy zaczęli być bliżej polskości. I mimo późniejszych wysiłków, nawet w czasie drugiej wojny światowej, nie udało się ich zregermanizować. Jak się popatrzy na potomków kolonistów czy osadników, to rzeczywiście: katolicy szybko stawali się Polakami, a ewangelicy dłużej trwali przy niemieckości. Kościół ewangelicki prowadził swoją politykę, podobnie jak katolicki. Z Niemiec przyjeżdżali pastorzy, językiem liturgii był niemiecki, przy kościołach istniały małe niemieckie szkoły. Warto zaznaczyć, że na przykład w Królestwie Polskim bardzo sprzyjały temu władze rosyjskie. Zależało im na tym, by niemieccy osadnicy się nie polonizowali i tym samym stanowili dla Polaków przeciwwagę. W okresie dwudziestolecia międzywojennego w Kościele ewangelicko-augsburskim istniał bardzo silny konflikt o to, co wybieramy – polskość czy niemieckość. Znikł po drugiej wojnie światowej, bo dla niemieckości w tym kościele nie było już miejsca.
SB: Masz z Bambrami ciekawą historię, która pokazuje, że tematy tożsamościowe to sprawa bardzo delikatna. Kiedy pierwszy raz się do nich wybierałeś, zakomunikowałeś przez telefon, że szukasz u nich śladów niemieckości. To faux pas niemal pozbawiło cię możliwości zebrania tej części materiału do książki. Wiele razy zdarzyło ci się popełnić podobne gafy?
MF: Jak się jest z zewnątrz, to można nie wyczuwać pewnych kontekstów. Nie znam dobrze Wielkopolski, nie jestem stamtąd i te słowa rzeczywiście wywołały wśród działaczy bamberskich oburzenie. Później zrozumiałem, że mają rację, bo przecież w czasie niemieckiej okupacji cierpieli za swoje trwanie przy polskości. Wielu z nich nie chciało podpisywać folkslisty, więc trafiali do obozów albo byli wysiedlani z Kraju Warty jako Polacy. Na ich miejsce po 1939 roku ściągano Niemców z Besarabii czy państw bałtyckich; oni często w ogóle nie mówili po niemiecku, ale byli przez III Rzeszę traktowani jak prawdziwi Niemcy. Wszędzie tam, gdzie sięgała niemiecka okupacja, szukano niemieckich społeczności, które pakowano do pociągów i wysyłano na tereny wcielone. To też rodziło konflikty, bo dla Niemców nie byli Niemcami, ale jakimiś dziwnymi przybyszami ze wschodu. Ci ludzie nie mieli żadnego wyboru, musieli się przenieść, a potem podpisać folkslistę i iść w kamasze.
SB: Dochodzimy więc do tematu, który nadal bardzo mocno triggeruje polskie społeczeństwo – wpis na folkslistę. Tytuł twojego reportażu jednoznacznie kojarzy się z gdańską wystawą Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy, która latem 2025 roku rozgrzała internety. Podajesz, że w samym Poznaniu Niemcy odrzucili 50 tysięcy wniosków o dobrowolne wpisanie na Niemiecką Listę Narodowościową. Czy to znaczy, że w Wielkopolsce był tak wielki popyt na bycie Niemcem ze strony polskich obywateli?
MF: Patrzymy dziś na nazistowską politykę czasu drugiej wojny światowej jak na monolit. Wydaje nam się, że wszystko wszędzie przebiegało tak samo. Było dokładnie zaplanowane, a potem realizowane krok po kroku. A to przecież nieprawda, bo wiele zależało od regionu i ludzi, którzy nim zarządzali. Wielkopolskę chciano jak najszybciej germanizować, więc bardzo dokładnie sprawdzano pochodzenie. Chciano mieć pod sobą ludzi rzeczywiście związanych z niemiecką kulturą. Inaczej odbywało się to na Śląsku czy Pomorzu, a jeszcze inaczej w Generalnym Gubernatorstwie. A polityka władz III Rzeszy wobec Niemców z pochodzenia w ogóle była inna niż wobec Ślązaków czy Kaszubów. Co ciekawe, granicę stanowiła Wisła – do jej linii władze nie wysiedlały Niemców na zachód; zostawiały ich, bo liczyły na to, że teren szybko stanie się niemiecki. Na wschód od Wisły postępowały odwrotnie – Niemcy z krajów bałtyckich czy Wołynia najpierw zostali przesiedleni ze swoich domów, często właśnie za linię Wisły, a potem w 1945 roku wypędzeni do Niemiec przez Polaków.
SB: Nie lubi się tego u nas wspominać, ale fakt pozostaje faktem. Inna sprawa: w ostatnich latach w niektórych miejscach możemy zauważyć, że na niemieckim dziedzictwie zaczynamy zarabiać. Co prawda rzadko się mówi, że to niemieckie, podkreśla się raczej, że menonickie czy olęderskie. W twojej książce jest znamienne zdanie: „Byli Niemcy, nie ma Niemców. A Olędrzy znów są”. Olędrzy nie kojarzą nam się z Niemcami, choć przecież ci z Żuław byli gorliwymi wyznawcami Hitlera. Ale jakoś tak lżej, jak tę wiedzę schowamy i nie nazwiemy ich Niemcami, lecz Olędrami właśnie.
MF: Na początku XVI wieku, czyli na początku osadnictwa, w Delcie Wisły na Żuławach rzeczywiście mieliśmy do czynienia z Holendrami. Dopiero później osadnictwo się rozszerzyło i straciło etniczny wyznacznik. Sam termin Olęder przestał oznaczać Holendra, a zaczął po prostu osadnika, z którym właściciel gruntu podpisywał kontrakt na zasadach określonych w prawie olęderskim. Takie osady powstawały w zasadzie w całej Polsce do XVIII wieku, a wśród pierwotnych osadników Holendrów w pewnym momencie zaczęli dominować etniczni Niemcy. Kiedy w XIX wieku pojawiła się idea narodowa, a prawo olęderskie regulujące stosunki między właścicielem ziemskim a osadnikami, którzy otrzymywali grunty w dzierżawę, wolność osobistą i samorząd, przestało – podobnie jak pańszczyzna – istnieć, nikt pod względem prawnym nie odróżniał już osadników od chłopów.
SB: Skończyły się stany, zaczął się czas narodów.
MF: Tak. Olędrzy stali się więc takimi samymi obywatelami jak chłopi, a każdy z nich musiał określić swoją narodowość. Ponieważ Olędrzy z reguły mówili po niemiecku albo plattdeutschem, byli ewangelikami albo menonitami, to w naturalny sposób czuli się Niemcami. W 1945 roku, kiedy ich wypędzano, nie miało żadnego znaczenia, że są potomkami Olędrów. W sensie etnicznym byli po prostu Niemcami. Dziś jednak olęderskość odkrywa się na nowo, ale nie mówi się w tym kontekście o Niemcach. Używa się terminu poolęderskie, ale nie poniemieckie.
SB: Mamy więc menonickie albo olęderskie skanseny, szlaki, wioski, cmentarze, domy podcieniowe itd. Nie zmienia to jednak faktu, że to wszystko jest poniemieckie.
MF: To, jak się określa owo dziedzictwo, zależy chyba od społeczności. Gdzieś między Płockiem a Warszawą mówi się o Olędrach, ale jak się pojedzie bardziej na północ, na drugą stronę Wisły, w okolice Lipna, to nikt o Olędrach nie wspomina. Ludzie mówią o Niemcach.
SB: Rozmawiam w tym cyklu o polskiej antyniemieckiej histerii i jakimś podskórnym lęku przed Niemcem. Z czego, twoim zdaniem, wynika w Polsce brak akceptacji faktu, że jedna trzecia naszych dzisiejszych ziem ma niemieckie dziedzictwo?
MF: Jedno to polityka, a drugie to pamięć o wojnie, trauma po niej. To dwie rzeczy, które tu współgrają. Wydaje mi się, że w Polsce istnieje świadomość, że tak duża część naszego terytorium jest poniemiecka, ale musimy zachować pewien umiar. Gdybyśmy odłączyli internet i nie brali udziału w toczonych tam dyskusjach czy rozdmuchiwanych nagonkach, to okazałoby się, że tego lęku wcale nie ma. W czasie PRL-u rzeczywiście był szał odniemczania, a jednak ludzie korzystali z nadarzających się okazji i jeździli na saksy. Chcieli się od Niemców czegoś nauczyć, coś podpatrzeć, przywieźć, zacząć żyć jak oni. Nie wydaje mi się, żeby w realnym świecie było wśród ludzi tak złe nastawienie do Niemców. Kiedy jeździłem po Polsce i zbierałem materiał do książki, to trafiałem do miejsc, w których zaczyna się dbać o stare poniemieckie cmentarze – sprząta się je, kosi trawę, wycina krzaki. Część ludzi zaczęła też otwarcie mówić o tych, którzy byli tu przed nimi. Pamiętają ich nazwiska, opowiadają ich historie. Część nawet utrzymywała kontakt z poprzednimi właścicielami. Moim zdaniem to daje nadzieję. Uważam, że ludzie zawsze są w stanie znaleźć wspólny język. Kłopotem jest polityka albo ideologia. Kiedy pojawiają się na scenie, zaczynają się problemy. Tak też było z naszymi Niemcami. Żyli sobie spokojnie, jakoś z miejscowymi Polakami współistnieli aż do pierwszej wojny światowej, kiedy w Kongresówce władze rosyjskie zaczęły traktować ich jak potencjalną piątą kolumnę. Wywieźli ich więc w głąb Rosji, a kiedy ci po latach wrócili, mieli kłopot, żeby odzyskać swoją własność. To jasne, że potem stali się łatwym celem dla ideologii nazistowskiej, która korzystała z ich krzywdy. Wkładała im do głowy, że powinni się czuć Niemcami, że III Rzesza ich ochroni. To trafiało szczególnie do młodych ludzi. W czasach kryzysów szuka się prostych odpowiedzi na trudne pytania i nazizm doskonale sobie z tym radził. Lata trzydzieste w II Rzeczypospolitej to też moment przykręcania śruby mniejszościom, chociaż oczywiście to nie dziwne, że Niemców, zwłaszcza po dojściu Hitlera do władzy, traktowano jak potencjalne zagrożenie. A potem przyszła druga wojna światowa i III Rzesza wykorzystała ich do swoich celów. Część z nich zaciągnęła się do armii, inni pracowali w obozach koncentracyjnych, brali udział w prześladowaniach i represjach. Byli też tacy, którzy się na to nie godzili. Ale po 1945 roku to nie miało żadnego znaczenia.
SB: Masz jakąś receptę na inspirowane lęki?
MF: We współczesnym świecie najlepszą na nie receptą, nie tylko zresztą na lęki przed Niemcami, może być wyłączenie telewizora i wylogowanie się z mediów społecznościowych, wykorzystywanych przez polityków różnej maści zawsze w tym samym celu, którym jest utrzymanie lub zdobycie władzy. Zamiast tego lepiej rozejrzeć się wokół siebie, ruszyć w Polskę w poszukiwaniu nieoczywistych miejsc i nieoczywistych historii, od których w naszym pozornie jednolitym kraju aż się roi. Albo… sięgnąć po książkę o naszych Niemcach, która jest efektem właśnie takich wędrówek.