Rozmowa z profesorem Ryszardem Horodeckim, fizykiem teoretykiem, współzałożycielem i pierwszym wieloletnim dyrektorem Krajowego Centrum Informatyki Kwantowej przy Uniwersytecie Gdańskim, członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk, członkiem korespondentem Polskiej Akademii Umiejętności i Academia Europaea; poetą, autorem zbiorów Sum ergo cogito (Marpress, Gdańsk 2003) i Arras z Andromedy (Marpress, Gdańsk 2009); laureatem Nagrody im. Stanisława Lema w kategorii nauka (2025).
Paweł Baranowski: Co było pierwsze w twojej intelektualnej przygodzie – fizyka czy poezja? I jak poezja pojawiła się w twoim życiu?
Ryszard Horodecki: Na początku była Zajmująca fizyka Jakuba Perelmana, prezent od ojca, mający umilić mi czas choroby i pomóc w wyzdrowieniu, bo w dzieciństwie często chorowałem. Kiedy tylko nadarzała się okazja, wymykałem się do lasu, by buszować po świeżo zastygłym teatrze wojny, w scenerii zniszczonych pojazdów, czołgów, łusek wystrzelonych pocisków. Z rozbitych radiostacji wydobywało się lampy elektronowe, kondensatory. Rozładowanie tych ostatnich wyglądało efektownie – takie mikropioruny. Cenne było zdobycie peryskopu i potem zabawa z pryzmatami – rozszczepianie światła. Słowem, był to raj możliwości dla takich jak ja Tomków Sawyerów. Tu i ówdzie w niewypałach czaiła się śmierć. Do dziś mam w oczach, jak na wielkiej bombie lotniczej zarytej w piachu siedzi przedszkolanka z wianuszkiem dzieci wkoło. Można powiedzieć, że w tym wszystkim była fizyka techniczna, fizyka stosowana i fizyka wybuchowa. Paradoksalnie, ów nadmiar swobody, nie do końca kontrolowany przez rodziców, ekranizował moją wrażliwość w mrocznej, topornej pojałtańskiej rzeczywistości.
W domu rodzice dbali o dobre tradycje. Nad czystością języka polskiego czuwała mama. Co ciekawe, dopiero w liceum zaintrygowała mnie poezja, i to nie polska, lecz łacińska – za sprawą wychowawczyni Marii Ilukiewicz, czcigodnej łacinniczki, absolwentki Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie, która zaszczepiła we mnie miłość do starożytnej kultury i poezji śródziemnomorskiej. Dzięki niej poznałem wielkich rzymskich poetów: Wergiliusza, Horacego, Owidiusza. Jeszcze teraz zdarza mi się recytować z pamięci słynny wiersz Owidiusza, którego pierwsze strofy brzmią:
Aurea prima sata est aetas, quae vindice nullo,
sponte sua, sine lege fidem rectumque colebat.
Jakże przyjemnie było znaleźć odzew znakomitego fizyka amerykańskiego Dawida Mermina, który wtórował mi podczas przerwy kawowej na jubileuszowej konferencji w IBM.
PB: W bodajże 1974 roku poznałeś Zbigniewa Herberta. Jak wspominasz tego poetę i to spotkanie? Czy wypłynęła z niego jakaś puenta?
RH: To pytanie przywołuje szkolne wspomnienia. A historia była taka: Długo szukałem we współczesnej poezji formy wyrazu, która by mi odpowiadała, i oto z pomocą przyszła mi polonistka Helena Pękalska, absolwentka Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, słuchaczka wykładów Jana Kasprowicza i profesora Juliusza Kleinera. Jak silny ślad zostawiła we mnie jej charyzmatyczna osobowość, skoro już jako nauczyciel akademicki i targany niepokojem poeta in spe przyszedłem do niej do domu i zapytałem: „Proszę mi poradzić, co mam robić. Tak bym chciał coś napisać, ale nie wiem, jaką formę wybrać. Czy jest jakiś poeta, który by mi w tym pomógł?”. Pani profesor poznała mnie od razu – to ten Rysio z pierwszej ławki. Miała całą, ogromną ścianę książek, weszła na takie trzy schodeczki i z wysokiej półki zdjęła jeden z tomów. Było to pierwsze zbiorowe wydanie wierszy Herberta. „Rysiu, spróbuj się z tym zapoznać. Ten poeta ma skojarzenia bardzo odległe i subtelne, ale tym się nie zrażaj. Spróbuj, spróbuj go nie tyle zrozumieć, ile odczuć”.
Jakie wrażenie zrobił na mnie ów poeta? Już następnego dnia recytowałem z pamięci wiersz Mój ojciec. Od razu zrodziło się we mnie silne pragnienie spotkania twarzą w twarz z autorem. Marzenie zmaterializowało się nieoczekiwanie, kiedy pewnego dnia moja żona, asystentka na kierunku chemii, odkryła przypadkowo, że Zbigniew Herbert prowadzi wykład monograficzny na humanistyce. To był rok 1974. Pamięć o czarnym grudniu 1970 wciąż była żywa. Nieugięta postawa wykładowcy, osobowość, z której promieniowały odwaga i spokój, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Tak sugestywnie prowokował do włączenia się w interpretacje wierszy „kilku dostojnych szamanów”, że nabrałem pewności siebie i na którejś z przerw dałem mu do oceny dwa wiersze: Aniołki i Kamikaze, które po latach weszły do tomiku Sum ergo cogito.
Byłem bardzo przejęty, kiedy Herbert wyszedł na przerwę na korytarz, trzymając moje wiersze. Usiadł pod oknem i powiedział: „Panie Ryszardzie, wie pan co? Podobają mi się te pana wiersze. To są bardzo dobre wiersze, ale niech pan powie, czym się pan zajmuje?”. „Jestem adiunktem, fizykiem teoretykiem na Uniwersytecie Gdańskim”. A on na to: „Czy ma pan rodzinę?”. „Mam żonę i dwoje dzieci”. „O, panie Ryszardzie, poezja to bardzo wymagająca dama. Powiem panu więcej, z mojego doświadczenia: poezja to krzyż. Jak pan ma rodzinę na głowie i jeszcze fizykę, to wie pan co? Radziłbym poezję jako hobby. I jedna uwaga: na sto wierszy niech pan wybierze tak trzy, cztery do druku”. Jeszcze chwila rozmowy o poezji. Wyrzucam z siebie, że jego wiersz Deszcz to dla mnie arcydzieło. A Mistrz na to: „To pan jest jednym z niewielu, którzy go w ogóle rozumieją”. Pod koniec wykładów poprosiłem o wpis do jego książki Wybór poezji. Dramaty. Do tamtej pory stałem na rozstajach dwóch dróg: fizyki i poezji. Dedykacja Herberta: „Panu Ryszardowi Horodeckiemu bardzo serdecznie poświęcam i z dobrymi myślami na przyszłość” dodała mi odwagi, by pójść w rozwidlenie prowadzące drogą fizyki.
PB: Debiutowałeś w „Tygodniku Powszechnym” w 1976 roku. Wydałeś dwa tomy wierszy: Sum ergo cogito (impresje poetyckie) w 2003 roku (27 lat od debiutu) oraz Arras z Andromedy w roku 2009. Co działo się w tym okresie? Czy wiersze rozwijały się, dojrzewały, czy tylko czekały na odpowiedni moment, by zaistnieć w zwartej formie tomów poezji?
RH: W „Tygodniku Powszechnym” ukazał się mój wiersz pod tytułem Figa. Na sąsiedniej stronie był felieton nieznanego mi Michała Hellera, a obecnie słynnego kosmologa i filozofa przyrody, laureata prestiżowej Nagrody Templetona. Ale pytasz, co działo się przez te 27 lat. Z grubsza biorąc, realizowałem Herbertowskie zalecenie i, co zdumiewające, szło ono w parze z moim wewnętrznym przekonaniem. Główny nurt to była fizyka kwantowa. Jej magia wciągnęła mnie na dobre. Ale równolegle przebijała się poezja. Drukowałem między innymi w miesięcznikach „W drodze” i „Poezja”. W 1978 roku w sierpniowym numerze „Tygodnika Powszechnego”, poświęconym zmarłemu papieżowi Pawłowi VI, ukazały się dwie szpalty moich wierszy, a dziesięć lat później kilka utworów weszło do antologii poezji religijnej Trójmiasta Tylko modlitwa ocaleje pod redakcją Tadeusza Skutnika. Trudno powiedzieć, jak potoczyłyby się losy mojej szuflady, gdyby nie niespodziewany przyjazd mojego serdecznego kolegi z roku na Wydziale Elektroniki Politechniki Gdańskiej, Stefana Jacka Michalaka który od wielu lat przebywał w Kanadzie, gdzie nie tylko pracował jako inżynier, ale też studiował fizykę na University of Waterloo i rzeźbę na Université Concordia i Université du Québec à Montréal. Kiedyś, na zorganizowanym przez Jacka przyjęciu na cześć królowej Wiktorii, gospodarz poprosił, abym przeczytał gościom kilka moich wierszy. Ku memu zaskoczeniu wkrótce zaproponował, aby wydać tomik moich wierszy ilustrowany jego rzeźbami, które znakomicie wpisywały się w klimat tekstów. Uznałem to za świetny pomysł. I tak najpierw, w 2003 roku, ukazał się tomik Sum ergo cogito, a po sześciu latach jego wznowienie oraz kolejny zbiór, zatytułowany Arras z Andromedy, oba w wydaniu dwujęzycznym, polsko-angielskim, w znakomitym przekładzie profesor Jean Ward z Uniwersytetu Gdańskiego.
PB: Tytuł Sum ergo cogito stanowi przeciwtezę do Kartezjuszowego „Myślę, więc jestem” (Cogito ergo sum). Obu was jako myślicieli, naukowców łączy poszukiwanie niepowątpiewalnych podstaw wiedzy, jednak tezy wyjściowe brzmią, można rzec, przeciwnie. Rozświetlanie wątpliwości dotyczących bytu wychodzi z zupełnie innych punktów. Rozwiń, proszę, tytułową tezę twojego tomu w kontekście poetyckim. Jakie uzasadnienie bytu wyprowadził z wyjściowej tezy powołany przez ciebie podmiot liryczny – Pan Sum? Z jakim przesłaniem zostawia czytelnika?
RH: Tym pytaniem dotykasz rdzenia tajemnicy ludzkiej natury. Tajemnica ta nurtowała już starożytnych Greków – ma to swoje odbicie w słynnej maksymie Gnothi seauton („Poznaj samego siebie”), wyrytej na świątyni Apollina w Delfach. Myśl ta miała sugerować, że mądrość zaczyna się od zrozumienia własnej natury. Kartezjusz, można by rzec, podjął delfickie przesłanie w kontekście fenomenu poznania. Jego słynna maksyma Cogito ergo sum oparta jest na założeniu, że priorytetowym aspektem istoty ludzkiej jest praca umysłu. Prowadzi to do fundamentalnego pytania, czy ludzie, których umysł pracuje poniżej progu świadomości, istnieją? Przykłady można mnożyć: człowiek w śpiączce farmakologicznej, w głębokiej demencji, w życiu prenatalnym. Dla Pana Sum priorytetowym aspektem bytu jest fakt jego powołania do istnienia. W odniesieniu do fenomenu człowieczeństwa Pan Sum wysuwa na pierwszy plan prymat bycia nad poznaniem i rozumieniem. W tym sensie odwraca kartezjański porządek.
W rzeczywistości to istnienie jest warunkiem koniecznym myślenia. To, co wyróżnia Pana Sum, to samoświadomość, bo na przykład kamień też istnieje, ale nie może stwierdzić o sobie „ja jestem/istnieję”. Z grubsza mówiąc, teza tytułowa tomiku oznacza, że Pan Sum – ponieważ potrafi świadomie istnieć – powinien realizować powołanie do myślenia. I to właśnie stanowi kładkę, na której Pan Sum spotyka Pana Cogito. Ale podkreślmy, że dla Pana Sum każde istnienie, niezależnie od IQ i skali aktywności umysłowej podmiotu, jest sacrum.
PB: Drugi tom wierszy nosi tytuł Arras z Andromedy. To oznacza artystyczną tkaninę z innej galaktyki, z kosmosu. Jakie to nitki, jaki wzór plecionki i moce sprowadzają materie i zjawiska kosmosu na ziemię, ubierają w słowa, stawiają przed oczy czytelnika? Jaka to jest relacja pomiędzy kosmosem, sztuką a ludzkim umysłem? Czy to tylko wizja poetycka, czy może także wizja wynikająca z nauk ścisłych, które sprzęgają się z artystycznym spojrzeniem?
RH: Wydaje się, jakbyś właśnie uchylił drzwi do pracowni modelowania wszechświata, gdzie na subtelnych rusztach kosmicznej tkaniny w gorących gwiazdach wypalają się chemiczne formy konieczne dla życia. To nie jest, co może szokować, wizja poetycka. Dzięki tzw. rezonansowi Hoyle’a w tej wielkiej pracowni prawa natury muszą dopuszczać istnienie stanu wzbudzonego jądra atomu węgla o energii ciut wyższej niż suma energii jądra atomu berylu i helu – i dlatego mogą się one łączyć, tworząc jądra atomów węgla. Właśnie dzięki temu zdumiewającemu dostrojeniu we wnętrzach gwiazd mogą powstawać wydajnie atomy węgla, a to jest kładka do życia opartego na węglu. Innymi słowy: jeśli poziom energii wzbudzenia węgla byłby odrobinę niższy, to nie byłoby węgla w kosmicznej pracowni, bo cały zamieniłby się w tlen, a więc nie byłoby życia. Hoyle skomentował swoje odkrycie w ten sposób: wygląda to tak, „jakby prawa fizyki zostały umyślnie zaprojektowane pod kątem skutków działania we wnętrzach gwiazd”, a wszechświat wydaje się „dziełem zaplanowanym”.
Idąc za Hoyle’em, można przyjąć, że prawa te były takie, aby na końcu protokołu stworzenia w wielkiej pracowni zaistniało arcydzieło – człowiek wraz ze swym integrum humanum, które sprzęga w sobie wszystkie te królestwa sztuki i nauki. Niestety, wiele wskazuje na to, że ziemska egzystencja została zaburzona u samych podstaw. To tak, jakby do protokołu stworzenia włamał się prymus-haker. Stąd każde pokolenie mierzy się z tajemnicą cierpienia, nieprzewidywalnością jednostkowego losu, problemem z tożsamością, śmiercią. Mimo kosmicznej traumy Pan Sum notorycznie podejmuje kolosalne wyzwanie deszyfracji wielkiej inskrypcji, jak również metainskrypcji, jaką on sam stanowi dla siebie w całym złożonym kontekście przyrodniczym, historycznym, społecznym, religijnym, etycznym i kulturowym.
PB: Poezja (czy szerzej: literatura) korzysta ze zbioru liter, jakiegoś – można by rzec – binarnego alfabetu. Ale ich kombinacje, budowane z nich wyrazy i frazy, nie są w swych znaczeniach binarne, jednoznaczne. Czy nie podobnie jest z fizyką? Mamy wzory, odkrycia i wciąż wymykające się ścisłemu ujęciu tajemnice i znaczenia. Czy poezja ma coś wspólnego z fizyką? Czy fizyka kwantowa to poezja? Czy splątania cząsteczek to metafora?
RH: Zacznijmy od tego, że fizyka i poezja mówią różnymi językami. Poezja posługuje się językiem naturalnym, wzbogaconym o metaforykę i symbolizm, przez co język ten ulega komplikacji, a zarazem wzbogaceniu. Metaforyczność nadaje mu głębię. Wszystko to jednak za cenę nieusuwalnej niejasności. To mniej więcej zgadza się z twoją diagnozą języka poetyckiego. Od czasów Galileusza rosło przekonanie, że księga natury jest napisana w języku matematyki. Do dziś pozostaje tajemnicą, dlaczego natura spośród wielu matematycznych dialektów akceptuje dwa: język klasyczny, czyli geometrię różniczkową opisującą grawitację, i język kwantowy, oparty na pojęciu abstrakcyjnej przestrzeni Hilberta, którym mówią wszystkie zjawiska kwantowe. Język ten – choć ascetyczny, surowy – olśniewająco trafia w istotę tkanki mikroświata. Jest obrazem tzw. informacji kwantowej, która nie daje się uniwersalnie kopiować. Jej jednostkę stanowi kwantowy bit, będący kwantową superpozycją zera i jedynki. Informacja kwantowa to nie abstrakcja – to fizyczna własność układów kwantowych, bez której nie byłoby lasera, fotokomórek, kwantowej kryptografii, kwantowego komputera. Intrygujące, że język kwantowy mimo swej ścisłości wprowadza od kuchni nieoznaczoność, która związana jest ze słynną zasadą nieoznaczoności Heisenberga.
Mając do czynienia z tymi dwoma światami, to jest poezji i kwantów, można wzbogacić język poetycki o intuicje i pojęcia ze świata kwantowego. Czy to się udaje, czy nie, można zobaczyć w moich wierszach, na przykład w poemacie Martwa natura z tomu Sum ergo cogito – utworze zaprezentowanym w wersji angielskiej, w tłumaczeniu Henryka Szewczyka, w 2003 roku na zakończenie konferencji w IBM przez Davida DiVincenza, twórcy kryteriów obliczania kwantowego:
Martwa natura
Dla Charlesa H. BennettaNależy pozbierać posklejać mozolnie
okruchy z płaskich podłóg świata
a będzie dzban serweta jabłko
na stole światłem przyprószone
Materii pierwszej nikły okrzyk
przywoła śmiały sen Cézanne’a
– ze stołu gałąź wprost wyrasta
rumieńców nabrał tłusty dzban
odbity w szybie przyjął tęczę
zapuszcza korzeń w twardą deskę
skąd czerpie soki wyobraźnia
gotowa z gliny stworzyć raj
lecz nie chce zdradzić mechanizmu
o którym śpiew wnętrza płomieńkto zgadnie dusze rezonansów
co łączą małe kule w łańcuch
wariacje figur grafów spinów
gdzie zbyt zawiłe topologie
ukażą elektronom drogę
gdy wiążą w całość przedmiot formę
i prądy zamkną dziwne w krwiobieg
aby ruszyło życie torem
po którym biegnie szybka myślz prochu powstałaś
i w proch się obrócisz
wieżo Babel wielomówna wieżo
– dokąd idą niezliczone światy
dokąd płyną niebieskie potopy
czyj krzyk jaka fala dotrze do źródła
w którym ukryta osobliwość
– dzwon w dzwonie
tajemnica tajemnic*
Błogosławiony niech będzie chaos
albowiem z niego wyłoni się formaniech będzie błogosławione światło
albowiem ono oddzieli nas
od ciemności
PB: Jaki język komunikacji jest doskonalszy: poezja, język potoczny czy może język nauk ścisłych – wzory matematyczne? Który z nich jest najwymowniejszy?
RH: W powszechnym odbiorze język matematyki może być trudny, ale jest uniwersalny. Jest nośnikiem komunikacji ponad wszelkimi barierami językowymi, kulturowymi, cywilizacyjnymi. Co najważniejsze, jak już wzmiankowałem, jest on logosem fizyki. Język poezji może być trudny w odbiorze, ale okazuje się niezrównany w opisie piękna czy ludzkiego losu. Z drugiej strony, jak wiemy, grozi mu syndrom wieży Babel. Dobitnie doświadczyłem tego, słuchając wykładu Herberta, który po części był o sztuce przekładu. Zasadnicza trudność leży w tym, że każda rdzenna kultura generuje swoistą przestrzeń pojęć, dlatego translatoryka to wielka sztuka.
PB: Pytanie do poety i naukowca: czy możliwe jest wyprowadzenie wzoru na poezję?
RH: Niestety, matematyka jest logosem fizyki, a nie poezji. Mamy tu więc twierdzenie typu no-go.
PB: Poezja posługuje się słowem. Według Ewangelii Świętego Jana „na początku było Słowo”. Co wedle twego doświadczenia badawczo-poetyckiego było na początku: słowo czy liczba, duch, a może siła, energia? W jednym z wierszy wspominasz o algorytmie, informacji…
RH: Mniemam, że nawiązujesz do wiersza Rozważania o początku z tomiku Sum ergo cogito. Sięgasz po ciężki kaliber. Pan Sum powątpiewa tam w kompletność modelu wielkiego wybuchu, który miałby zapoczątkować ewolucję w pracowni modelowania wszechświata. Pan Sum nie jest w stanie pojąć, jak z wielkiego wybuchu gołej materii więzionej w osobliwości miałaby się narodzić cała zróżnicowana rzeczywistość, z cząstkami elementarnymi, aniołem stróżem i C*-algebrą włącznie, nie mówiąc już o podmiocie, który jest aktywnym obserwatorem tej rzeczywistości. Tę logiczną przepaść można próbować przezwyciężyć, przyjmując, że na początku była nie siła ani energia, lecz pierwsza informacja, rozumiana jako Wielki Algorytm działania, dopuszczający wolny wybór. W ziemskich laboratoriach bezustannie toczy się dialog eksperymentatora z przyrodą, eksperymentatora, który ma swobodę wyboru ustawienia aparatury. Oczywiście koncepcję pierwszej informacji można kojarzyć z Wszechmocnym Słowem, pisanym przez wielkie S.
PB: Jakie dziedziny sztuki jako środki komunikacji są ci najbliższe: muzyka, sztuki wizualne, teatr?
RH: Preferuję całą paletę sztuk pięknych, łącznie z dobrą literaturą. Natomiast boleśnie odczuwam deficyt wysokiej kultury. Ostatnio z wielką przyjemnością oglądałem w Teatrze Miejskim w Gdyni genialną sztukę Michaela Fraina Kopenhaga w znakomitej obsadzie – Nielsa Bohra grał niezastąpiony Jerzy Kiszkis. W sposób niezwykle dramatyczny splatają się w tej opowieści losy fizyków gigantów: Bohra i Heisenberga, uczestniczących w wyścigu o zdobycie technologii konstrukcji bomby atomowej. Niezwykłą ucztą było dla mnie spotkanie w gdańskim Hevelianum z Piotrem Pawlakiem, jedną z gwiazd ostatniego Konkursu Chopinowskiego i zarazem doktorantem matematyki. Rozpoczął je i zakończył minikoncertami, wykonując polonezy Chopina.
PB: Czego Ryszard jako twórca literacki i naukowiec życzyłby sobie dziś w tych dziedzinach?
RH: W ciągu wielu wieków, paradoksalnie, wbrew i mimo tragicznych zawirowań, ludzkość stworzyła imponujący potencjał kulturowy, duchowy i cywilizacyjny. Marzy mi się, aby współczesna cywilizacja przeszła szczęśliwie między dwoma potworami: Scyllą konsumpcjonizmu i Charybdą ideologii oraz nie zapadła na chorobę kulturowego Alzhaimera.