Zamknąć za sobą drzwi

Ilustracja: Oliwia Dawidowska

Od wzroku myśliwego, który szuka celu, do spojrzenia ucznia, który po prostu patrzy – droga Zenona Kruczyńskiego to jedna z najbardziej przejmujących lekcji oduczania się antropocentryzmu w polskiej literaturze. Autor głośnej książki Farba znaczy krew (słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008) powraca z zapiskami znacznie bardziej intymnymi. Uczeń zen i sarna (słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2025) to tekst gęsty od ciszy i poezji, które stają się jedynymi sposobami opisania naszego splątania ze światem pozaludzkim.

Zenon Kruczyński nie jest już tylko aktywistą walczącym o prawa zwierząt; w swojej najnowszej książce występuje jako praktyk zen, który z chirurgiczną precyzją demontuje nasze ludzkie ego. Opisuje świat jako „bezszwową tkaninę”, w której śmierć sarny, wycinka Puszczy Białowieskiej i osobisty ból są ze sobą nierozerwalnie związane. To lektura o wychodzeniu z ograniczeń, w które zamknęła nas współczesna kultura, i o powrocie do Mojego Człowieka – tej części nas, która nie potrzebuje nazw, by współczuć.

Nasza rozmowa służy poszukiwaniu ratunku w czasach wszechkryzysu, ale punktem wyjścia staje się to, co najbardziej intymne – żałoba po zwierzęcym towarzyszu. Rozmawiamy o bólu po stracie Psa czy Kota i granicznym spotkaniu z samym sobą w obliczu eutanazji, by zaraz potem zderzyć się z moralną schizofrenią i lękiem przed własną zwierzęcą kruchością. Próbujemy zrozumieć, jak udźwignąć ciężar żałoby po wycinanych lasach, skąd wziąć radykalne współczucie dla tych, którzy stoją po drugiej stronie, i czy pośród festiwalu obfitości jesteśmy jeszcze w stanie patrzeć bezpośrednio – bez filtrów ideologii, lęku i zachłanności. W świecie zdominowanym przez hałas i puste nazwy, coraz trudniej o autentyczność. Wierzę, że jedyną drogą do uzdrowienia naszej relacji z planetą nie są kolejne technologie, ale radykalna zmiana mentalności – przejście od posiadania świata do bycia światem. Ta rozmowa jest próbą uchwycenia tej właśnie zmiany.

*

Szymon Kamiński: W pana książce odejście Kota zostało opisane z taką samą powagą, z jaką żegnamy najbliższych ludzi. Wybrzmiewa tam również najtrudniejszy dylemat: czy pozwolić naturze na jej bolesny rytm, czy jednak skrócić cierpienie ukochanego zwierzęcia?

Zenon Kruczyński: Przez całe moje życie blisko był jakiś kot, chomik, wrona czy pies. Wszystkie odeszły, ale śmierć śmierci nierówna. Oczywiście, pamięć o zwierzęcych towarzyszach zostaje, lecz jej ciężar emocjonalny bywa różny. Podobnie zresztą jak w wypadku ludzi – niektóre odejścia tylko zasmucą, inne zostawią w nas wyrwaną dziurę, której nie da się niczym zapełnić. Bywają śmierci, które ledwie nas wzruszą, i takie, na które wręcz czekamy, przyjmując je – choć trudno to przed sobą przyznać – z ulgą.

SzK: To, co mówi pan o uldze, jest niezwykle odważne. Rzadko potrafimy przyznać, że więź ze zwierzęciem bywa tak obciążająca, iż śmierć staje się wyzwoleniem – dla obu stron. Czy to właśnie ta głęboka więź sprawiła, że Kot stał się dla pana kimś więcej niż zwykłym zwierzęciem domowym?

ZK: Kot z książki był wyjątkową zwierzęcą osobą i tak też wyglądało nasze pożegnanie. Bogatsi o poprzednie, trudne doświadczenia, w których zabrakło nam wystarczającej wrażliwości, tym razem oboje z żoną potrzebowaliśmy uroczystości i ceremoniału.

SzK: Gdzie zatem przebiega granica między pragnieniem, by nie zabijać, a poczuciem, że trzeba ukrócić ból?

ZK: Cóż, przyjęło się mówić, że zwierzęta „się usypia”. Bywa – choć niełatwo mi to powiedzieć – że tak jest po prostu lepiej. Jednak o błąd tu niezwykle łatwo, bo przecież rozmawiamy o życiu w jego ostatnim tchnieniu. W takim momencie pomyłki mają wyłącznie wagę ciężką. Jak uniknąć wbicia sobie zardzewiałego gwoździa w serce? Tego nie wiem, ale staram się jednak, jak tylko potrafię, by tego nie zrobić. Próbuję zachować delikatność i uważność, staram się badać własne intencje – bo w życiu przede wszystkim na nie mamy jakiś wpływ.

SzK: Czy to oznacza, że w tych ostatecznych chwilach jedynym kompasem jest ten cichy głosik w naszej głowie? Że nie ma żadnych zewnętrznych reguł, które mogłyby nas zwolnić z odpowiedzialności?

ZK: Iść za cichym, szczerym głosem Dobrego Człowieka w nas i ufać wyłącznie czystym intencjom – to chyba jedyna recepta. I nie brać na siebie odpowiedzialności za życie innej istoty, bo przecież nie jesteśmy w stanie przeżyć za kogoś ani jednej sekundy. Zamiast tego warto wziąć pełną odpowiedzialność za własne postępowanie wobec innych bytów, a przede wszystkim – wobec samego siebie. To jest punkt zwrotny. Także dla wszelkiego istnienia, a w rezultacie – dla całego świata.

SzK: Często nazywamy eutanazję zwierząt „aktem łaski”, ale w książce przywołuje pan rozmowę z weterynarką prowadzącą opiekę paliatywną, która twierdzi, że zwierzęta wcale nie chcą być uśmiercane, nawet jeśli już odchodzą.

ZK: Tak, to ważna opowieść o usypianiu. W książce Farba znaczy krew znajduje się długa rozmowa z weterynarką o odchodzeniu naszych zwierzęcych towarzyszy. Rzeczywiście, te zwierzęta, które były jeszcze w stanie reagować, robiły to jednoznacznie: „Nie chcę tego!”.

Zwróćmy uwagę, że gdy jesteśmy świadkami wypadku i widzimy rannych ludzi – cierpimy. Ich ból wywołuje nasz własny – jakoś tajemniczo, niemal na odległość, lecz współdzielimy go. Boimy się tego współodczuwania, bo ono po prostu boli. Gdy na poboczu drogi mijamy potrąconą sarnę z otwartym złamaniem nogi – jej cierpienie, słabiej czy mocniej, rezonuje w nas samych. Tak to działa. Podobnie jest, gdy odchodzi nasz wieloletni zwierzęcy towarzysz. Cierpimy. Ból fizyczny czy udrękę psychiczną trudno znosić ze spokojem, więc kompulsywnie szukamy ratunku. W przypadku zwierząt świat oferuje nam ulgę w postaci uśpienia i chętnie po to rozwiązanie sięgamy. Jeśli jednak dzieje się to zbyt pochopnie, skazujemy siebie i przyjaciela na trudne konsekwencje. Uważność oraz mądra wrażliwość – zarówno wobec siebie, jak i zwierzęcego domownika – są tu nieocenione.

SzK: Dążenie do ulgi wydaje się jedynym wyjściem proponowanym przez opór – ten odruchowy mechanizm, który każe szukać obejść rzeczywistości, byle tylko nie poczuć bólu czy bezradności…

ZK: Liczenie na to, że opór nigdy się nie pojawi, to myślenie życzeniowe i raczej nierealistyczne. Towarzyszy nam przez całe życie, podobnie jak ból. Gdy przyjrzymy się uważniej, zobaczymy, że zależy od nastroju – gdy wstaniemy lewą nogą, potrafi pojawić się niemal wobec wszystkiego. Praca ze zjawiskiem oporu stanowi istotę wielu ważnych inicjacji, jest obecna w psychoterapii i w rzetelnych praktykach duchowych. Przez całe życie mierzymy się z tym tajemniczym zjawiskiem, które bywa tak silne, że w życiu potrafi nieźle kolebać nami w różne strony.

SzK: Skoro nasze ego jest tak biegłe w konstruowaniu tych wszystkich zasłon i ucieczek, to jak przestać kombinować, by przejść do zgody na to, że jest-tak-jak-właśnie-jest?

ZK: Opór w gruncie rzeczy jest odmianą cierpienia – a co najmniej dyskomfortu. Pracujemy z nim podobnie jak z bólem. Najpierw rozpoznajemy w sobie niechęć do tego doświadczenia i dostrzegamy impuls, by je odepchnąć, sprawić, żeby zniknęło. Z czasem zauważamy jednak, że to właśnie ten odruch potęguje trudności – jakbyśmy zaciskali pięść wokół żarzącego się węgielka. Istotą tej pracy jest stopniowe rozluźnianie uścisku, palec po palcu, aż dłoń stanie się miękka, a nieprzyjemne doznanie ograniczy się jedynie do swojego źródła. Chodzi o to, by napięcie ustąpiło, by wewnętrzny zacisk zelżał. Tak właśnie uczymy się obchodzić z tym, co niechciane. To proces na całe życie – aż do ostatniego wydechu. O dobrostanie naszego istnienia w znacznej mierze decyduje to, jak radzimy sobie z trudnymi doświadczeniami. Przychodząc na świat jako ludzie, dostajemy je wszystkie w pakiecie, jako część naszego losu.

SzK: Można odnieść wrażenie, że z tego oporu rodzi się swoista schizofrenia: jedne zwierzęta zapraszamy do domów, a drugie do zagród, byle tylko nie widzieć cierpienia.

ZK: Można to ująć jeszcze inaczej. Niektóre zwierzęta traktujemy jak pełnoprawnych domowników, a wobec tych żyjących – jak pan to łagodnie nazwał – w zagrodach odczuwamy głębokie współczucie i czasem realnie angażujemy się w poprawę ich losu. To jednak nie zdarza się często. Każdy z nas mierzy się z własnymi trudnościami, dlatego dobrowolne otwieranie się na cierpienie innych ludzi czy istot bywa zbyt obciążające. Gdy mamy już wszystkiego po kokardę, nie jesteśmy w stanie przyjąć kolejnych trudnych emocji – czujemy, że się przelewa. W takiej sytuacji obronnie nie widzimy. To naturalny mechanizm i warto spojrzeć na niego z wyrozumiałością.

SzK: Skoro zamykamy się na cierpienie innych, to czy nie zamykamy się zarazem na zrozumienie, że ono dotyczy także nas? Że ból, który odpychamy, przypomina nam o naszej zwierzęcej kruchości?

ZK: Myślę, że to raczej pochodna czegoś innego – tego, co Jon Kabat-Zinn ujął następująco: „Zdumiewające, jak wielu ludzi ma obsesję na punkcie wyglądu swojego ciała, a jak niewielu naprawdę ma z nim kontakt”. Ta dzikość i kruchość naszego wrażliwego ciała, które w gruncie rzeczy pozostaje poza naszą kontrolą – potrafią przestraszyć. Zwłaszcza wtedy, gdy wyraźnie dociera do nas, że to delikatne istnienie podlega prawu nietrwałości bez żadnej przerwy. Żyje, a więc nieustannie się zmienia. I tu się potykamy. Bo współczucie i empatia wobec samych siebie są często towarem deficytowym. A bez nich trudno unieść świadomość tej nietrwałości i kruchości.

SzK: Chciałbym na chwilę wrócić do tematu śmierci Kota. W naszej kulturze wciąż zbyt często można usłyszeć bagatelizujące słowa: „to tylko pies” czy „to tylko kot”. Dla pana jednak takie graniczne doświadczenia stają się momentem bezpośredniej konfrontacji z istotą bólu.

ZK: Sformułowanie „to tylko pies” potrafi na chwilę oddalić ból. Daje pozorne rozgrzeszenie, pozwala udawać, że można zapomnieć. Tylko czy naprawdę da się zapomnieć? Od czasu do czasu przekonujemy się w bolesnym flashbacku, że nic nie znika. W pamięci przechowującej jest wszystko. Lecz zauważmy, że dawny ból zawsze uaktywnia się w teraźniejszości. On nie dzieje się kiedyś – dzieje się teraz. Pytanie więc nie brzmi, jak uciec od bólu, ale jak go unieść. Dla mnie inspiracją są tradycyjne przedstawienia Serca Jezusowego – otwartego, odsłoniętego, wrażliwego – przez które przepływa cierpienie i ból wszystkich czujących istot oraz całego świata. Ono nie zamyka się w odruchu obronnym, nie kamienieje pod naporem żałoby czy zranienia. Pozostaje miękkie, czułe, współczujące, wolne od osądu i oceniania, zdolne do pozostania otwartym mimo bólu. Tak właśnie rozumiem mądrość.

SzK: Czy taka świadoma aprobata bycia w żałobie stała się bramą do autentycznego zjednoczenia z naturą?

ZK: Gdy poczucie oddzielenia słabnie, cały człowiek łagodnieje. W sercu pojawia się wdzięczność – ciepła, subtelna, niemal kojąca. Za nią przychodzą podziw, zadziwienie i szacunek, odczuwane wobec wszelkich istot i fenomenów naszej ziemskiej rodziny: ludzi, sikorek i wilków; niezwykłych wód z ich rybami i wodorostami; powietrza otulającego Ziemię; gleb rodzących zboża i truskawki; drzew i wszelkich roślin karmiących niezliczone istnienia; morskich sztormów i wulkanów…

SzK: W książce łączy pan ból po stracie zwierzęcia z żałobą po wycinanej Puszczy Białowieskiej. I rzeczywiście – to jest ten sam rodzaj pęknięcia więzi. Tyle że w drugim przypadku dotyczy on czegoś większego niż jednostkowa relacja. Dotyczy świata jako domu.

ZK: W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jako dorastający chłopiec, a później młody mężczyzna, włóczyłem się po kaszubskich lasach, jeziorach i uroczyskach. Letnimi świtami łowiłem ryby – sam, na całym jeziorze. Na Ziemi żyło wtedy dwa razy mniej ludzi niż dziś. Nie wiedziałem, że żyję w raju. Dziś za nim tęsknię. Wiem jednak, że on nie wróci. Moje pokolenie tęskni za przyrodą, której obraz wchłonęliśmy w dzieciństwie i młodości. Kolejne pokolenie będzie tęsknić za swoim obrazem natury – takim, jaki zapamięta. Następne również. Każde z nich uzna za naturalny ten krajobraz, w którym dorastało. Mnie koszmarnie okaleczone drzewa w miastach po prostu bolą. Dla tych, którzy od początku żyją w takim pejzażu, jest to coś zwyczajnego, akceptowalnego. Współcześni aktywiści walczą o to, by nie obcinać więcej niż jedną trzecią korony drzewa. My walczyliśmy o to, by nie okaleczać ich w ogóle. Po co to robić?! Polowania w parkach narodowych czy gigantyczne maszyny wydobywające konkrecje z dna oceanów brzmią jak szyderstwo z deklaracji o ochronie życia na Ziemi…

SzK: Jak więc mamy udźwignąć ciężar solastalgicznej żałoby? Wszak nasza kultura nie wypracowała praktyk ani rytuałów pożegnania ze światem pozaludzkim. Nie mamy pogrzebów dla drzew ani wspólnych z naszymi nie-ludzkimi towarzyszami obrzędów pozwalającymi wyrazić i unieść ten ból.

ZK: Jakieś rytuały żałoby i opłakiwania strat świata już istnieją i sądzę, że to tylko kwestia czasu, kiedy staną się bardziej powszechne. Jest co opłakiwać. We mnie współistnieją żałoba i jednocześnie soczyste, intensywne przeżywanie tego cudownego życia. Jon Kabat-Zinn zatytułował jedną ze swoich książek Życie. Piękna katastrofa. Brzmi to niemal surrealistycznie, a jednak dokładnie oddaje stan rzeczy. Przeżywam solastalgiczną żałobę, ale przyjmuję ją względnie spokojnie. Od pewnego czasu obrałem postawę niezaangażowanego uczestnika. Wiem, co się wokół dzieje, i z zadziwieniem patrzę na ogromną bezwładność procesów toczących się na Ziemi. Uznaję swoją pełną bezradność wobec niszczących zjawisk, przetaczających się przez oceany, atmosferę, świat istot żywych i przez ludzkie plemiona. Moje ręce pozostają raczej w kieszeniach. Jest jeden wyjątek: dzikie zwierzęta. Moje życie potoczyło się tak, że czuję się ich pełnomocnikiem. Występuję w ich imieniu wobec ludzi – i tak już pozostanie do końca.

SzK: Czy dopuszczenie do siebie trudnych emocji związanych z solastalgią było momentem, w którym do głosu doszedł Mój Człowiek? Ten, który bez słów czuje, że śmierć puszczy to dosłowne, biologiczne umieranie nas samych.

ZK: Każda żałoba siłą rzeczy poprzedzona jest umieraniem. Elisabeth Kübler-Ross w badaniach nad śmiercią wyróżniła główne etapy: zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresję i akceptację. W obliczu niszczenia przyrody u mnie te fazy pojawiły się w podobnym porządku, choć nieco inaczej: najpierw gniew i działania napędzane tym uczuciem, potem targowanie się z systemem, następnie depresja, a w końcu uznanie, że niewiele można zmienić. Na końcu przyszła akceptacja – zrozumienie, że jest-tak-jak-właśnie-jest – nie inaczej, i że lepiej nie będzie.

Wspomniałem wcześniej o bólu i cierpieniu, które odzywają się w nas, gdy cierpi nasz ludzki lub zwierzęcy towarzysz. To nie my mamy złamaną łapę ani nieoperacyjnego guza trzustki, a jednak ból ogarnia i nas, jakby pomimo dystansu sztywnej konfiguracji on–ja. Na tej samej zasadzie odczuwa się wszelkie biologiczne zniszczenie tu, na Ziemi, i postępującą za nim śmierć. To ciche, intuicyjne odczuwanie mówi wiele o świecie, w którym przyszło nam uczestniczyć – a który Ken Wilber nazwał „niepodzielonym”.

SzK: To chyba właśnie w tej sytuacji najwyraźniej uwidacznia się pańska filozofia jest-tak-jak-właśnie-jest. Pozwala ona zachować współczucie nawet wobec tych, którzy stoją po drugiej stronie – jak drwale w puszczy. Pisze pan, że w splocie życiowych konieczności nie znajdziemy ani winnych, ani niewinnych.

ZK: Chyba prawie wszyscy chcemy postępować dobrze, ale wychodzi nam to różnie. Ci przykładowi drwale mają swój los i jest on, jak u każdego i każdej z nas, bardzo złożony. Nikt od najmłodszych lat nie marzy, by zostać ubojowym w rzeźni. Po prostu urodził się w takiej rodzinie, w takim miejscu, z taką osobowością i takie okoliczności kształtowały jego życie, że robi to, co robi. Nieprzewidywalność ludzkich losów jest niebywała. Czy można tu wskazać jakichś winnych czy niewinnych? Empatia wydaje mi się uniwersalnym uczuciem, nie pasuje mi, że wobec jednych ją odczuwam, a wobec innych nie.

SzK: Jak zatem pogodzić w sobie te dwa światy: głęboki ból z powodu niszczenia przyrody i jednoczesną radykalną empatię dla ludzi, którzy się do niego przyczyniają, bo to jest ich praca, pozwalająca im przetrwać?

ZK: Sri Sri Ravi Shankar, twórca Art of Living, powiedział, że jest szczęśliwy, ponieważ nigdy w życiu nie powiedział i nie zrobił nikomu nic złego. To jest raj. Amerykański pisarz i poeta Jack Kerouac radził: „Praktykuj życzliwość każdego dnia, a zobaczysz, że jesteś w niebie już teraz”. Takiej postawy nie da się po prostu zadekretować. Jest w nas zbyt wiele trudnych emocji, które mają własne dynamiczne życie. A to wielka sztuka umieć z nimi postępować. Można jednak dążyć do takich umiejętności – dojrzewają one na wiarygodnej drodze duchowej. Pojawia się więcej humoru, lekkości, swobody reagowania, naturalności i prostoty, a wraz z tym wszystkim także empatii. I równocześnie pozostaje miejsce na gniew i wyraźną niezgodę na złe uczynki. To się wcale nie kłóci.

SzK: Czy możliwe jest takie podejście do ograniczeń, w którym nie czujemy, że coś nam odebrano?

ZK: Rosi Sunya Kjolhede powiedziała, że „wyrzeczenie polega na rezygnacji z mniejszej przyjemności na rzecz większej”. A Ryszard Kulik napisał świetną książkę Wystarczająco dobre życie. Już sam tytuł mówi wszystko. Jeżeli nauczymy się ważnej sztuki odróżniania tego, co jest zachcianką – nawet bardzo pożądaną, lecz jednak tylko zachcianką – od tego, co jest naprawdę potrzebne, wszystko będzie dobrze.

SzK: Sztuka odróżniania potrzeb od zachcianek wydaje się polem bitwy wewnątrz pana koncepcji ciałoumysłu, gdzie niszcząca siła myśli – ów „ósmy pasażer Nostromo” – ściera się z uzdrawiającym ciepłem płynącym z serca. Co musi się w nas wydarzyć, byśmy znaleźli w sobie tę zwierzęcą mądrość nieoceniania rzeczywistości?

ZK: Myśli są ulotne, enigmatyczne, eteryczne… Nawet te kleiste, boleśnie przywołujące poczucie skrzywdzenia czy chęć odwetu. Również one są niematerialne, niesubstancjonalne, a przy tym powtarzalne i w gruncie rzeczy jakoś nudne. Myśli symulują życie. Mimo to większość ludzi uważa, że myśli to „ja”. Iluzja ego ma swoje sfery wpływu i z nich nie rezygnuje. Zauważmy, że umysł komentuje i ocenia dosłownie wszystko. Gdy patrzymy na trawę, to w głowie natychmiast pojawia się sufler, który mówi: „O, jaka zielona trawa”. I tę myśl odbieramy jako rzeczywistość. Łąka dociera do nas jakby przez filtr, przez zasłonę dymną oceniającej, szufladkującej myśli.

SzK: Czyli ten wewnętrzny sufler w rzeczywistości odbiera nam świat, zamiast go opisywać? Stawia barierę ze słów tam, gdzie wystarczyłoby po prostu czuć?

ZK: Nie traktuję myśli jak wroga, nie walczę z nimi – uczę się z nimi pracować. Ciężka sprawa, bo mam „silną głowę” i moje myśli, czyli ego, czasami pokazują, co naprawdę potrafią, szczególnie pod koniec dłuższych odosobnień. Wtedy i ciepłe serce gdzieś się chowa. Ale myśli, jak to myśli – przemijają, słabną i łagodne serce wraca. Ważne jest, żeby pamiętać o nietrwałości myśli, a także podążających za nimi emocji. Tymczasem czułość w sercu jest zawsze gotowa, aby dać znać: „Jestem”. W zen mamy opowieść o mistrzu Bassui, który podniósł się na łożu śmierci i powiedział do otaczających go uczniów: „Patrzcie bezpośrednio!”. I umarł. Jego słowa na coś wskazują. To jest sposób na to, jak wrócić do naszych ciepłych, łagodnych, nieoceniających ciał, do bycia „w teraz”.

SzK: Ale przecież te wszystkie nazwy, szufladki, myśli dają nam poczucie bezpieczeństwa…

ZK: To bezpieczeństwo jest i pułapką, i iluzją. Przeciwieństwem stanu „w teraz” jest wkładanie wszystkiego do mentalnych pudełek z nazwami i układanie ich w równych rządkach na rozległych półkach umysłu. Z zastanawiającą pewnością siebie przez całe życie sięgamy po te gotowce utrwalonych opinii i ocen. Ktoś powiedział, że „świat wypełniony jest pustymi nazwami”. To nasz kulturowy pancerz. Przejawia się w dziwnym poczuciu życia jakby za szkłem – w dystansie, nieprzyjemnej izolacji i stałym braku usatysfakcjonowania, w tej niemożliwej do zaspokojenia tęsknocie za bliskością.

SzK: To na ile owo „bezpośrednie patrzenie” na cud istnienia jest w ogóle dostępne komuś, kto żyje w takim pancerzu?

ZK: Skoro wydarzyło się kiedyś, może wydarzyć się również teraz. Jak? Chyba każdy z nas, najczęściej w późniejszym dzieciństwie, doświadczył tego, że pewna chwila czy przedmiot przemówiły wprost do niego, poza słowami. Te małe muśnięcia pamiętamy przez całe życie. One mają konkretną wagę.

Naszą podstawową tęsknotą jest odczuwać i żyć bezpośrednio – odbierać rzeczywistość bez zapośredniczenia myślowych mgieł. Można tej tęsknocie pomóc, praktykując jakąś Drogę, która czyni ten pierwotny zew rzeczywistym. Zdarza się, że wgląd przychodzi spontanicznie, są takie świadectwa. Ale nie stawiałbym na ślepy traf, tylko po prostu wziął się za wykonanie tego zadania. Wydaje się, że właśnie po to się rodzimy.

SzK: Mówi pan o Drodze – dla pana jest nią zazen. To brzmi niemal jak poligon, na którym ego nieustannie próbuje zrobić nas w konia.

ZK: Zazen (z japońskiego: za – siedzieć i zen – medytacja) to „siedzący zen” czy też, bardziej ogólnie, „medytacja w pozycji siedzącej”. To moje narzędzie do rozpoznawania, że ego nie jest rzeczywistym tworem, lecz iluzją, zwidem. Ale iluzja to czy nie – daje radę, że hej! Wspomniałem już, że instrumentem ego są myśli. To narzędzie wystarczająco zręczne, by utrzymywać status quo polegające na życiu według sztywnego schematu oddzielenia „ja” od innych. Ego próbuje nas wypchnąć z powrotem na to pole za każdym razem, gdy w medytacji schodzimy głębiej. Po prostu robi nas w konia.

SzK: Po co nam w takim razie ta bezwzględna konfrontacja z samym sobą? Nie lepiej zostać w tym bezpiecznym schemacie?

ZK: Bo to jest wielka gra o najwyższą dostępną człowiekowi stawkę. Reguły są złożone, często niejawne albo w ogóle ich brak, więc pojawia się w tej grze dużo niepewności. Ale tu tkwi pułapka: jeśli zrobimy z przezwyciężania ego projekt monstrum, to nic z tego nie będzie. Lecz jeśli wyruszymy w tę Drogę, przekonani, że nawet najdłuższa trasa zaczyna się po prostu od pierwszego kroku – wszystko się ułoży. Każda droga składa się z kroków, którymi kroczymy „w teraz”. W tej właśnie chwili czujemy swoją fizyczność, serce, szum krwi, oddech. Słyszymy dźwięki, patrzymy szerzej. Żyjemy „w teraz”. Zresztą – czy możemy żyć kiedykolwiek indziej? To zupełnie inna jakość życia, bardzo ciekawa, ba! fascynująca. Żyjąc „w teraz”, nie potrzebujemy już miliona znieczulaczy, które na nieszczęście mamy dziś na wyciągnięcie ręki.

SzK: A ewentualny zbiorowy zazen ludzkości – czy skończyłby się paniczną ucieczką w zaprzeczenie pod hasłem „nie mam na to czasu”?

ZK: Współcześni ludzie mają bardzo wąską uwagę, ograniczoną głównie do telefonu czy monitora. I takie też mają życie. Jakże inne istnienie mieliśmy dawno temu, gdy wszystkie nasze zmysły służyły przeżyciu! Dziś są one nieco odrętwiałe. Lecz nie projektujmy zbiorowego zazen dla całego gatunku. Skupmy się na Drodze dla tego konkretnego, jednego życia – wszak to ten joystick mamy w ręku. Świata nie zmieniają tłumy, zmieniają go pojedynczy ludzie. A ta cała „konfrontacja z samym sobą” to przecież nie pole bitwy, tylko proces stopniowego odkrywania siebie.

SzK: Może boimy się tego, co tam odkryjemy?

ZK: Albert Einstein powiedział: „Tak wiele wiemy rzeczy, a tak niewiele o sobie”. Zaskakująco prawdziwie, czyż nie? Największe lęki budzą czarne scenariusze, które nasze myśli potrafią generować w dowolnym momencie. Większość z nich nigdy się nie zdarzy, ale lęk i tak snuje się za nami jeden po drugim. Przebywać „w teraz” oznacza po prostu: urealnić się. Jeśli spojrzymy trzeźwo, to najczęściej przyznamy, że w gruncie rzeczy w tej konkretnej chwili jest całkiem fajnie, prawda?

SzK: Ciekaw jestem, co mogłoby wypełnić wspólną przestrzeń, gdybyśmy posadzili całą ludzkość w jednym, gigantycznym zendo. Czy byłby to porażający lęk?

ZK: Wow! Chciałbym tam być! I mam co do takiego ewentualnego wydarzenia raczej dobre przeczucia. Myślę, że nie spotkałoby nas nic porażającego. Wręcz przeciwnie – czuję, że zalałby nas łagodny gejzer czystej miłości, ponieważ to jest nasz rzeczywisty, choć często przesłonięty stan. Mistrz zen Dōgen powiedział: „Jedynym celem zen – jeśli w ogóle można mówić o jakimś celu – jest czułe serce”. Ono nie jest czymś do osiągnięcia. Czułe serce jest wpisane w nasze istnienie, tyle że często bywa zasypane gruzami lęków i urazów. Ta czułość już tu jest. Trzeba ją tylko delikatnie odsłaniać, krok po kroku, a wtedy sama zacznie promieniować dobrocią.

SzK: W świecie pełnym międzyludzkich napięć bycie czułym wydaje się ryzykowne…

ZK: W zen mamy taki wers: „A gdy nic nie jest w stanie cię urazić, wszystkie przeszkody po prostu znikają”. Ktoś mógłby pomyśleć, że to serca z kamienia nic nie zrani. Czy na pewno? Ten wers wyraża nasze największe tęsknoty: dotyczące poczucia bezpieczeństwa i wolności od cudzych słów. Zwróćmy jednak uwagę, że to ego zawsze czuje się urażone, zranione… Jak w tym wszystkim, mimo pancerza i lęków, odnaleźć w sobie czułość, dobroć, empatię i wdzięczność? Czy to w ogóle da się zrobić?

Jeżeli chcemy znaleźć drogę przynoszącą ulgę światu i nam, to chyba nie mamy innego wyjścia niż odkrycie tych pokładów w sobie. Wszystkie drogi, które ludzkość dotychczas przetestowała, dążąc – tak czy inaczej – do szczęścia, sprowadzały nas w komplecie na umowną Ukrainę lub do Iranu. Zaniechanie podążania Drogą mędrców jest, i widać to jak na dłoni, w stu procentach ryzykowne. Nie tyle chodzi o to, żeby stać się jak oni – ile o to, żeby szukać tego, czego oni poszukiwali. Przypomnę frazę Dōgena o czułym sercu. A ten człowiek wiedział, co mówi.

SzK: Czy w świecie, który każe nam każdą wolną chwilę wypełniać konsumpcją, mamy jeszcze szansę na takie autentyczne odczuwanie? Jaki Mój Człowiek ma szansę narodzić się w mentalności nastawionej wyłącznie na branie?

ZK: Mamy na to wielką szansę właśnie dlatego, że coraz dotkliwiej czujemy jałowość i miałkość życia opartego na kompulsywnym kupowaniu. To ciśnienie nieznośnie rośnie, a wraz z nim statystyki depresji. Według prognoz WHO do 2030 roku połowa ludności świata będzie miała za sobą epizod depresji klinicznej (czyli doświadczyła go już lub niebawem doświadczy) – a to wielkie cierpienie. Depresja nie bierze się znikąd. Stanowi sygnał, że coś w naszym życiu jest fundamentalnie nie tak. Postawienie sobie pytania, co to takiego, i znalezienie prawdziwej odpowiedzi nie jest łatwe. Ale warto szukać, bo w końcu mamy tylko to jedno życie – innego się nie przewiduje.

SzK: Czy aktualne „apogeum festiwalu obfitości”, jak pan to określił, nam służy?

ZK: Jako plemię ludzi z planety Ziemia nigdy w historii Homo sapiens nie opływaliśmy w takie dostatki. Dosłownie wciska nam się do rąk wymyślne jedzenie i dobra wszelakie. Funkcjonujemy w sztywnym algorytmie „zarób i wydaj”. Czy to nam służy? Wszyscy widzimy, że od kolejnych przedmiotów szczęścia nie przybywa – przybywa za to depresji, gór śmieci i konfliktów. Istnieją społeczności, jak lud Pirahã opisany przez D.L. Everetta w książce Nie śpij, tu są węże!, które żyją zaskakująco inaczej. My natomiast utknęliśmy w grubiej bańce i przestaliśmy dostrzegać, że mogą istnieć inne, łagodniejsze, wspólnotowe modele istnienia. Doświadczamy wielkiej bezwładności zjawisk przetaczających się przez planetę. Jednak niektórzy z nas potrafią żyć inaczej, jakby poza tym odrętwiającym algorytmem. To osoby, dla których fraza „świat wypełniony pustymi nazwami” jest bardziej zrozumiała.

SzK: Skąd bierze się w nas poczucie, że „puste słowa”, których używamy do opisu rzeczywistości, są jałowe i nie docierają do sedna rzeczy?

ZK: Te „puste nazwy” nie są charakterystyczne tylko dla współczesności; towarzyszą nam od prehistorii. Jesteśmy wyposażeni w mowę z jej wszystkimi, wpisanymi w nią ograniczeniami i za jej pomocą snujemy opowieści o nas samych i o świecie. To jednak tylko płaska powierzchnia. Na szczęście podskórnie przeczuwamy, że musi być coś więcej niż suche definicje. Nie pozbędziemy się ograniczeń języka – musimy je po prostu przyjąć. Wspaniale jest czuć tę niedoskonałość kodu, którym próbujemy coś przekazać. Bo to coś zawsze znajduje się poza słowami. Czy ktoś jest w stanie opisać smak truskawki? Każde słowo chybi o lata świetlne przy próbie oddania tej soczystości w ustach. Aby ją poznać, trzeba doświadczyć bezpośrednio. Tu tkwi sedno wszystkiego.

SzK: Jako puentę książki przywołuje pan okrzyk mistrza Bassui: „Patrzcie bezpośrednio!”. Czy to wezwanie, by wreszcie – bez pośrednictwa słów, w surowej obecności ogołoconej z filtrów ego – zobaczyć prawdę?

ZK: Mistrz Bassui nie wzywa do odrzucenia pojęć – one są nam przecież potrzebne i po to mamy język, by go używać. Wskazuje raczej, by nie patrzeć na palec celujący w księżyc, lecz zobaczyć księżyc sam w sobie. Ta „surowa obecność ogołocona z filtrów ego”, jak pan to ujął, brzmi trochę twardo. Myślę o tym raczej jako o miękkim, błogim stanie nieoddzielenia. Jego naturalnym skutkiem jest poczucie: „Już nigdy nie będziesz sam ani sama. Nie ma się czego bać”. To jest ta prawda, która jeszcze się nie pomyślała. Co by się stało, gdyby przebiła się do mainstreamu? Chyba dobre życie dla nas wszystkich.

SzK: Na koniec spójrzmy zatem bezpośrednio na naszą sytuację w czasach wszechkryzysu. Jaka myśl się u pana pojawia?

ZK: Sporo wiem o wszechkryzysie, dotyka mnie na co dzień tuż za oknem, ale jednocześnie dociera do mnie jakby przez mgłę. To taka tajemnica percepcji. Widzę, jak wszystko – a ja wraz z tym – pędzimy na ścianę, ale nie czuję lęku. Wyraźnie czuję za to żałobę: po krajobrazach, ciszy, rzekach i zwierzętach, o czym już rozmawialiśmy. Ale żebym się bał?

Wczoraj wraz z żoną żegnaliśmy naszego kochanego przyjaciela w hospicjum. To już ostatnie dni. Odprawiliśmy ceremonię pożegnalną z mantrami i dharani, przy dźwięku wielkiego keisu i zapachu kadzidła. Po ceremonii usiadłem na łóżku przy tym kochanym człowieku, objąłem go miękko, pocałowałem… Ale w końcu trzeba było wstać, odwrócić się plecami, wyjść i zamknąć za sobą drzwi. Czyż nie tak jest ze wszystkim?

Szymon Kamiński

Szymon Kamiński

Dębiniak i gdańszczanin. Gdy ktoś pyta, dlaczego znowu leży i czyta, odpowiada, że jest literaturoznawcą i właśnie przeprowadza badania. Jako dziennikarz pisze – o jedzeniu, kulturze, sztuce i wszystkim, co się rusza, a ludzie nawet chcą to czytać. Wydał Zeszyt czasów żałoby, więc debiut ma za sobą, ale wciąż liczy na literacki przełom. Dlatego ciągle ćwiczy prozę, niezmiennie skupiając się na motywie przewodnim – śmierci, bo w końcu ktoś musi porządnie zająć się tym tematem. Lubi jeść, spać i oglądać horrory, a kiedy tego nie robi, zastanawia się, czy zmiany klimatyczne zrobiły już postęp i czy zwierzęta zaczęły być w końcu ludzkie. Eksperymentuje w kuchni, ale prawdziwą miłością darzy tabliczkę czekolady.

Oliwia Dawidowska

Oliwia Dawidowska

Studentka amerykanistyki na Uniwersytecie Gdańskim. Od ponad dziesięciu lat rozwija swoją pasję do rysunku i ilustracji, łącząc zainteresowania artystyczne z działalnością akademicką. Doświadczenie zawodowe zdobywała podczas praktyk w czasopiśmie „Polish Gothic”, gdzie pracowała jako graphic assistant oraz marketing assistant, wspierając projekty graficzne i działania promocyjne redakcji.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Kalosze i pantofelki. O Wyspie Sobieszewskiej i wodzie Kalosze i pantofelki. O Wyspie Sobieszewskiej i wodzie Kalosze i pantofelki. O Wyspie Sobieszewskiej i wodzie
ZOE (Małgorzata Gurowska, Agata Szydłowska)

Kalosze i pantofelki. O Wyspie Sobieszewskiej i wodzie

Obcy Obcy Obcy
Maja Demska

Obcy