Wolałbym nie

Ilustracja: Maciej Krawczyński

Mimo że już od lat w Gdańsku o tej porze roku nie ma śniegu, grudzień kojarzy nam się z wielką pryzmą. Taką spiętrzoną przez spychacz, w której jest nie tylko śnieg, ale i wszystko inne, co ciężki sprzęt napotkał na drodze. Arteria została udrożniona, ale zepchnięty z niej urobek zalega na chodnikach.

Skojarzenie z pryzmą, hałdą wręcz, bierze się z silnego poczucia przytłoczenia i przesytu. Ma ono źródło w walce z marketingowym tsunami ofert, z którym każda i każdy z nas zmaga się co roku o tej porze. Czarny piątek, tydzień, miesiąc  płynnie przechodzą w feerię ofert świątecznych i noworocznych. Przeceny, rabaty, obniżki, wyprzedaże, okazje, czyszczenie magazynów…

Tym sezonowym spiętrzeniom podlegają również wytwory kultury, niemała podaż nowych książek, spektakli, premier wszelakich z końcem roku rośnie do nieogarnialnych rozmiarów. Nie sposób się w tym nie zgubić. Urobek (vide: hałda) z wcześniejszych miesięcy czeka na swych odbiorców: czytelniczki, słuchaczy, widzów.

Tym, których to uwiera, sugerujemy postawę reprezentowaną przez powszechnie znane „Wolałbym nie”. Aby nie zatracić się i nie zagubić, trzeba się zdystansować, stanąć z boku, zaniechać. Ten namiar nadmiaru jest cykliczny, a my nie mamy na to żadnego wpływu. Ale nie musimy się w tej obfitości zatracać – możemy wybierać, czytać, słuchać i oglądać we własnym tempie. Niekoniecznie sięgać po nowości, lecz wyjąć ze sterty książkę, która czeka na przeczytanie od kilku lat, przygnieciona innymi tomami.

W naszym piśmie serwujemy Wam coraz to nowe teksty, ale nie oczekujemy, a tym bardziej nie wymagamy tego, żebyście je od razu czytali. Oczywiście, byłoby miło, ale stoimy twardo na ziemi. Poza tym u nas nic nie znika, polecamy teksty z poprzednich miesięcy i lat, wciąż są dostępne, czekają na kolejne lektury.

Przy okazji: w naszym – redakcji – pokoleniu jako dzieci doświadczaliśmy srogich zim, mrozów i śniegu po pachy. Zdarzało się, że wracaliśmy ze szkoły, bawiąc się zaspach, zatracając przy lepieniu bałwanów poczucie czasu. To była wielka frajda, cudowne wspomnienia.

Maciej Krawczyński

Maciej Krawczyński

Roztrzepany grafik, ilustrator, audiowizualny składacz. Miłośnik teorii kina, mediów, polityki i gier. Lubi tarzać się w popkulturze jak i w pretensjonalnych akademickich wywodach. Tworzy muzykę, głównie szufladową, ale wciąż poszukuje jakiejś chętnej niszy.

udostępnij: