Staruszka

Ilustracja: Volha Zarouskaya

W 2025 roku opowiadanie zajęło II miejsce w kategorii proza w 40. Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Mieczysława Stryjewskiego.

 

Pachniała myszami i starym człowiekiem. Zakutana po szyję w cienką, wręcz płaską, bo pewnie wypełnioną zbitą watoliną zimową kurtkę, w dzierganej wełnianej czapie, której koniec opadał daleko na plecy kolorowym pimpolem, nie przystawała do pierwszych dni maja i dwudziestu trzech stopni w cieniu. A w pralni – jak zawsze, bo furkoczące maszyny piorące, suszarki, magiel, żelazka skutecznie podnoszą temperaturę i wilgotność – było co najmniej pięć stopni więcej. Jednak staruszce, która z trudem pociągnęła poręcz drzwi, musiało być zimno, bo wzdrygnęła się i głębiej naciągnęła czapkę na uszy i czoło.

– Kiedy mogę oddać pranie? – zapytała drżącym głosikiem.

– O każdej porze. Jesteśmy czynni w godzinach dziewiąta–dziewiętnasta – odpowiedziała Teresa.

– Ja chciałam się zapisać.

– Ale nie ma takiej potrzeby, wystarczy przyjść i przynieść ubrania.

– Pytam, kiedy mam przyjść i o której? – Klientka wyraźnie zeźliła się na tę mało konkretną odpowiedź.

– No, to może jutro o trzynastej.

– Dobrze, jutro o trzynastej. A jaki to będzie dzień?

– Mhm… – Teresa przerwała i niby przypadkiem potarła wewnętrzną stroną dłoni meszek pod nosem. Powietrze miało smak zdechłych gryzoni i od dawna niemytego ciała. – Czwartek. Jutro będzie czwartek, proszę pani.

– A dzisiaj co mamy?

– Środę.

– Dobrze, a zapisze mi pani na papierze, kiedy mam przyjść.

Teresa wzięła karteczkę, napisała datę, godzinę i dla pewności adres. Podała ją klientce.

– A do szkoły chodziła?

– Słucham? – Ze zdziwienia nabrała gwałtownie powietrza i szybko tego pożałowała. Zapach mysich kupek poczuła każdą komórką ciała.

– Bo napisała jak kura pazurem – fuknęła klientka. Wzięła długopis. Przepisała wszystko po swojemu. Teresa kątem oka zauważyła, że pismo kobiety przypominało zapiski lekarza na recepcie. Było jeszcze trudniejsze do rozczytania niż jej własne. Klientka włożyła kartkę do kieszeni. Wychodząc, popchnęła drzwi z siłą atlety, aż uderzyły w odbijacz chroniący od zewnątrz szybę witryny.

Teresa poszła na zaplecze, włączyła czajnik i nasypała kawy do filiżanki. Minęły dwie, może trzy minuty, zanim wróciła na główną salę. Starowinka stała przy ladzie, wpatrzona w wirującą w pralce pościel.

– Słucham, w czym jeszcze mogę pomóc?

– Proszę mi przypomnieć, kiedy mam przyjść.

– Jutro o trzynastej. W czwartek. Dziesiątego maja. Ma pani zapisane na karteczce włożonej do kieszeni.

– Bardzo dziękuję, jest pani bardzo miła. – Odwróciła się i zaczęła szarpać z drzwiami.

– Trzeba popchnąć.

– Trzeba popchnąć – powtórzyła staruszka. – Pani jest tu pewnie kierowniczką. Jest pani bardzo miła.

*

Zapach pieczonego kurczaka wyrwał z zamyślenia kierownika idącego do pralni. Mężczyzna zatrzymał się raptownie, jakby go ktoś patelnią zdzielił, i zapatrzył w witrynę z napisem „Kurczę pieczone”. Na rożnie kręciły się drobiowe ciałka, z chrupiącą skórką i tłuszczykiem ociekającym na podstawkę. Słyszał jego skwierczenie, a przynajmniej tak mu się wydawało, gdy patrzył na kurczaki przez uwaloną od tłuszczu szybę. Jakaś starsza kobieta pakowała właśnie zakupy i czekała na resztę. Sprzedawczyni rzuciła na tackę monety, z których kilka potoczyło się na podłogę. To musiał być znak. W domu tego dnia nie zanosiło się na obiad. M. uprzedziła, że idzie na imprezę kulinarną z intencją wspierania ciała, duszy i umysłu, czyli party mix z wielofunkcyjnym urządzeniem do gotowania. Intencją organizatorki imprezy było prawdopodobnie wciśnięcie na raty tego ustrojstwa uczestniczkom spotkania, ich zaś – nażarcie się za darmo.

Kierownik pokonał żwawo kilka schodków i już schylał się, by pozbierać rozbiegane monety. Gdy podniósł się, aby oddać pieniądze, uderzył go nie tyle aromat przyprawy do kurczaka, ile coś w rodzaju fetoru rozkładających się resztek organicznych, zalegających w upalne dni w kuble na śmieci. Kobieta wyciągnęła ku niemu dłoń obwieszoną skórą szorstką i żółtą, jakby obtoczoną w złotej panierce. Gdy chciał przesypać pieniądze do jej ręki, odsunęła się i odchyliła kieszeń kurtki.

– Tutaj, młody człowieku. Palce mam zgrabiałe.

Zrobił, jak kazała, a ona, korzystając z okazji, że jest tak blisko, podrapała go po policzku nieprzycinanym od dawna paznokciem. Teraz zdał sobie sprawę, że kobieta ma wzrost przeciętnego jedenastolatka, a jej dłonie, jak na to, co przed chwilą powiedziała, są całkiem sprawne.

– Matka dobrze pana wychowała – dodała i powolutku wyszła.

Chwilę później kierownik pakował do plastikowej siatki dwa udka i frytki. Miało wystarczyć do końca dnia, ale gdy wyszedł i minął już róg sklepu, pomyślał, że przydałaby się jeszcze surówka. Zawrócił. Stanął przed witryną, zastanawiając się, czy ma déjà vu. Przed ladą była staruszka. Ta sama co przed chwilą. Wskazała palcem na siatkę, po czym sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła dwieście złotych. Położyła je na ladzie, a ekspedientka chwyciła i schowała do kieszeni. Z kasy wyciągnęła kilka drobniaków i rzuciła na tackę. Pieniądze rozpierzchły się po podłodze. Starowinka uklękła i szorując podłogę, starała się zebrać monety. Kierownik zastanawiał się tylko chwilę. Wskoczył po schodkach, siatkę odłożył pod ścianą i pomógł kobiecie. Wyzbierane drobniaki wysypał z brzękiem na ladę.

– Poproszę, że tak się wyrażę, resztę. – Zrobił krok w tył, żeby pomóc staruszce wstać.

– O co panu chodzi? – Sprzedawczyni z rozwichrzonym blond włosem zatrzepotała rzęsami. Jej policzki nabrały koloru, jakby przyłożyła je do rusztu.

– Mam wezwać policję?!

– Czego pan ode mnie chce?! Niech sobie pan wzywa…

Kierownik sięgnął do kieszeni po telefon.

– Wyluzuj, chłopie, to tylko stara…

– Ostrzegam!

Kobieta wyciągnęła z kieszeni dwieście złotych i położyła na blacie.

– Wszyscy będziemy kiedyś starzy! – kierownik fuknął na dziewczynę za kontuarem, po czym sięgnął po banknot i oddał staruszce, a ta szybko włożyła go do kieszeni kurtki.

– Dziękuję panu bardzo. Zapomniałam, czy zapłaciłam czy nie. – Znowu chciała go podrapać paznokciem, ale on się odsunął, gdy dotarł do niego zapach moczu zmieszanego z samotnością.

Poczekał, aż klientka wyjdzie, po czym chwycił z podłogi swój pakunek i odwracając się w drzwiach, krzyknął:

– Pani też będzie stara!

Kierownik zeskoczył ze schodków i ruszył do pracy. Gdy przypomniał sobie, że nadal nie ma surówki, stwierdził, że tym razem się obejdzie. Nie miał zamiaru już nigdy korzystać z tego sklepu. Sięgnął po telefon i w biegu napisał do Teresy, że będzie parę minut później. Nagle stanął jak wryty.

– Matka dobrze pana wychowała. Proszę. – Starsza kobieta podała mu woreczek z kiszoną kapustą. – Na zdrowie! – Zaśmiała się i odeszła, pozostawiając za sobą dziwny zapach, który, jak się zdawało, skolonizował już każdy atom powietrza.

*

Wiatr zawiał mocniej. Starowinka uczepiona poręczy ledwo utrzymała drzwi. Ubrana w lekką bluzeczkę i kapelusik nasunięty głęboko na głowę zupełnie nie pasowała do chłodnego, deszczowego dnia.

– Jest mama? – Rozejrzała się po pralni w poszukiwaniu właściwej osoby. Rozpięła guzik pod kołnierzem, jakby jej było gorąco. Kierownik wpatrywał się w nią, zastanawiając nad tym, co właśnie usłyszał. –  No, ta miła pani, co tu pracuje – wytłumaczyła.

– To nie jest moja mama – odpowiedział pralnik, kiedy w końcu dotarło do niego, że kobieta ma na myśli Teresę.

– A taki pan do niej podobny. Te same oczka. – Zgrabiałym palcem drapnęła powietrze. Gdyby nie dzieląca ich lada, dziabnęłaby go w brzuch. – Kierowniczka kazała mi przyjść dzisiaj o trzynastej. To jestem.

Mężczyzna zdębiał, słysząc, jakie stanowisko przypisała Teresie.

– Coś pani oddaje czy odbiera?

– A nie wiem. Kazała przyjść, to przyszłam. O, to mi dała. – Położyła na ladzie paragon z doczepionym numerkiem zamówienia oraz karteczką z terminem odbioru. – To ręczniki i dresiki do spania – przypomniała sobie nagle.

Rzucił okiem pod ladę. Leżały tam dwie siatki z ręcznikami i pidżamami. Zresztą Teresa wspomniała mu o tej klientce. Przyniosła pranie w czwartek, tak jak napisała jej na kartce, i miała przyjść po odbiór w sobotę. To też jej zapisała na paragonie.

– Poczeka pani chwilę. Muszę poszukać. – Postanowił się z nią trochę podroczyć za to, że nazwała go synem kierowniczki. Idąc na zaplecze, nie mógł powstrzymać się od śmiechu. – Ha! Kierowniczka…

Złapał w rękę ciastko z czekoladą i wziął łyka kawy. Zakrztusił się. Żeby przeszło, uderzył się dłonią w pierś. Raz, drugi. Przeszło. Dla pewności wziął kubek z kawą i popił, ale gdy poczuł fusy między zębami, pochylił się nad zlewem i wypluł wszystko, co miał w ustach. Włożył głowę pod kran i przepłukał zęby zimną kranówą. Przecierając wargi i pochrząkując z lekka, wciąż czując błoto między zębami, wrócił na salę i od razu sięgnął pod ladę.

Klientka chwyciła pakunki. Napierając barkiem, otworzyła drzwi, które porwane wiatrem, poleciały ze świstem i uderzyły w odbijacz. Bluzka kobiety wzdęła się od podmuchu, ukazując koronkowy biustonosz. Staruszka znieruchomiała na chwilę, jakby przyszpilona, po czym poszła w kierunku cukierni. Jakiś przechodzący chłopak zamknął drzwi.

Wykorzystując wolną chwilę, kierownik zaparzył sobie nową kawę. Z trochę już zwietrzałej i zbitej w twardą bryłę, ale wciąż nadającej się do spożycia rozpuszczki odłupał łyżką porcję na jedną filiżankę. Teresa nie uznawała rozpuszczalnej. Mówiła, że to wyrób kawopodobny – podobny do wody po płukaniu ekspresu w Żabce. Sama jednak zaparzała rano „turka” w kubku zasypanym do jednej trzeciej wysokości zmielonymi ziarnami i przez cały dzień robiła dolewajki wrzątku.

– Pani kierownik! Pani kierowniczko? – Szum czajnika niemal zagłuszał głos dochodzący z wnętrza pralni. Kierownik wyszedł do klientki. – Jest pana mama?

– To nie jest moja mama.

– A taki pan podobny. Ale zapyta pan kierowniczki, czy ja zapłaciłam.

– Miała pani paragon, to zapłacone.

– Ale ja mam pieniądze, żeby pan nie myślał. – Wygrzebała z kieszeni dwieście złotych i położyła na ladę. Wtedy rozpoznał w niej kobietę z „Kurczęcia pieczonego”.

– Proszę to schować. Już pani zapłaciła.

Mierzyli się wzrokiem przez kilka sekund, aż powiedziała:

– Ale pan jest miły. To się udał pracownik kierowniczce. Uczciwy taki.

– Dobrze, że nie mamie – syknął przez zęby.

– Mam coś dla pana. – Wyciągnęła z papierowej torby z logo cukierni nadgryzioną jagodziankę. – Dobra jest, pełna owoców, a nie taka z marketu. No, weźmie pan, bo się obrażę. – Ale widząc jego skwaszoną minę, dodała: – A może jednak nie dam. Kwaśne są. Jeszcze bardziej panu mordę wykrzywi.

*

– Była? – Teresa od razu po przyjściu na swoją zmianę zerknęła na półkę pod ladą.

– Była. Kazała pozdrowić kierowniczkę – powiedział sarkastycznie. Właśnie kończył stylizować sukienkę z falbanami. Za nic nie mógł ich uprasować na desce, więc manewrował żelazkiem w powietrzu.

– Kierowniczkę? Ach, pamiętam. Nazwała mnie tak. Czuj się zagrożony! – Zaśmiała się.

– A proszę bardzo, weź to przejmij ode mnie w cholerę. – Kierownik odłożył żelazko na podstawkę, przez przypadek naciskając dźwigienkę od regulatora pary. Buchnęło mu prosto w twarz, zatrzymując się na okularach.

– Daj spokój! Na stare lata będę się w biznesy bawić. A jak mnie jakaś choroba trafi, jak tę staruszkę?

– Każdego coś trafi. Mnie pewnie najpierw szlag, a potem cała reszta. – Przecierał szkła w koszulkę.

Kobieta roześmiała się. Wiedziała o kilku kłopotach szefa. A to z niekompletną dostawą środków piorących, a to klientem twierdzącym, że brakuje mu jednego kuchennego ręczniczka, wreszcie z zamknięciem do suszarki, którego nie mógł kupić od dwóch miesięcy, przez co musieli podstawiać wózek pod drzwiczki, żeby się nie otwierały… Ale żeby takie żarty się go trzymały, to była dla niej nowość.

– Widziałam ją rano, jak jechałam rowerem na rynek. Musi gdzieś niedaleko mnie mieszkać. Usłyszałam kawałek rozmowy z czarnym chłopakiem, którego zaczepiła. Zapytała go o godzinę. Gość nic nie rozumiał. Na migi mu pokazała, o co chodzi, a on jej pokazał telefon. Wtedy uściskała go i podreptała w stronę przychodni.

– Ciekawe, czy miała na kartce zapisany adres i godzinę wizyty. Jak myślisz?

– Możliwe. Nie wiem, jak ona funkcjonuje. Tak po ludzku to mi jej szkoda. Boję się, że ktoś kiedyś wykorzysta jej naiwność.

*

Teresa została szefową pralni, a kierownik jej synem. Przynajmniej w oczach staruszki.  Gdy przynosiła pranie, dawali jej karteczkę z dokładnie (i wyraźnie) zapisanymi informacjami: data przyniesienia, odbioru, waga, ilość, kwota i że jest zapłacone, bo wciąż zdarzało się, że chciała zapłacić po raz drugi. Gdy wpadała tylko z pozdrowieniami albo przynosiła bułeczki z cukierni, to się uśmiechali. Taki był jej urok, mimo że czasami śmierdziało od niej na kilometr. Bułeczek nie jedli, dziwnie przechodziły jej zapachem; zostawiali je wróblom na parkingu. Czasami przychodziła pochwalić się jakimś starociem znalezionym na śmietniku. A to lampą, a to wieszakiem na ubrania, obrazem, świecznikiem, miską, nawet połamany kij od szczotki wzięła – mówiła, że przyda się do podwiązania kwiatka w doniczce. Nie wnikali w szczegóły.

Zmartwili się, gdy zaczęła przynosić do prania różne rzeczy: kurtkę, płaszcz, nawet maskotkę, która wysokością prawie jej dorównywała. Każda z tych rzeczy miała jakiś poważny mankament. Kurtka była bez zamka (dosłownie, jakby ktoś go wyrwał), płaszcz miał porwaną w strzępy podszewkę, noszącą ślady kocich pazurów, a misia ktoś pozbawił głowy. Jej zdaniem wszystko mogło się jednak przydać. Wystarczyło tylko uprać. Z czasem już tylko przychodziła i pytała o mamę, jakby o własną. Gdy Teresa wychodziła z zaplecza, chwaliła się zdobyczą i uciekała.

Pewnego dnia zahaczyła o próg i przewróciła się z wrzaskiem na kolana. Usiadła na chodniku i zapłakała. Kierownik pomógł jej wstać i zaproponował, że odprowadzi do domu. Oponowała. Wycierając łzy, krzyczała, że poczeka na mamę. Nie docierało do niej, że Teresa ma tego dnia wolne. Zgodziła się dopiero wtedy, gdy powiedział, że zapłaciła mu za odprowadzenie jej do domu. Dla potwierdzenia pokazał kartkę, na której chwilę wcześniej wykaligrafował prośbę o to wraz z datą i godziną oraz pokwitowaniem zapłaty z jego strony. Uwierzyła. Na drugiej kartce napisał: „Chwilowo nieczynne”, przykleił ją taśmą do szyby i zamknął drzwi.

Ruszyli razem pod rękę. Prowadziła go opłotkami, po drodze zahaczając o niejeden śmietnik. Tłumaczyła, że wcześniej widziała tam przydatne rzeczy, więc skoro już z nią idzie, to niech się jej na coś przyda i pomoże zabrać szpargały do domu. No i teraz w rękach trzymał krzesło z ułamanym oparciem, na nim karton z książkami, a na głowie abażur – podobno miał pasować do wcześniej przytarganej lampy.

Nagle zza rogu jednego z bloków wyjechał rower.

– Mama! – wrzasnęła staruszka.

– Mama?! Wszędzie cię szukam!

*

Córka staruszki rzuciła pojazd w krzaki i podbiegła do matki.

– Miałaś być pod telefonem! Od zmysłów odchodzę.

– Jasne! A jak się nie odzywasz przez miesiąc, to też od zmysłów odchodzisz?! Czy świetnie się bawisz? – Nagła zmiana z błądzącego we mgle dziecka w karcącą dorosłą zaskoczyła kierownika. Zupełnie nie rozumiał, o co tu chodzi. Odłożył krzesło na bok, z kartonu wyciągnął jedną z podartych książek i udawał, że czyta. Ale jednym uchem przysłuchiwał się rozmowie, a właściwie kłótni dwóch kobiet. Młodsza mówiła, że pracuje na uniwersytecie w Kalifornii i nie może sobie pozwolić zbyt często na przyloty. Rodzicielka zaś skarżyła się, że od pięciu lat nie widziała wnuka, nie wspominając nawet o rozmowie telefonicznej, bo „bździągwa, karierowiczka, wyrodna córka” nie nauczyła syna polskiego. Cieszył się, że ma nakrycie głowy, skutecznie maskujące go przed przechodniami, którzy w jego mniemaniu na pewno zwrócili uwagę na nietypową sytuację.

– Idziemy do domu.

– A w życiu.

– Z tobą jak z dzieckiem!

– Nie mam posprzątane. Może innym razem.

– Posprzątane?! Nasrane tam masz! Niech pan zobaczy, to może w końcu zrobi ci się głupio i zaczniesz się leczyć.

– Larwa! – krzyknęła staruszka. – Do grobu mnie wpędzisz, ty, ty…

– Niech mamusia dokończy. Proszę bardzo.

Głosy ucichły. Nagle osłona na lampę podniosła się i stanął – a w zasadzie zasiadł – oko w oko z rozsierdzoną kobietą w średnim wieku.

– Bierz pan te graty i idziemy! – rozkazała.

Malutki budynek wciśnięty między nowoczesne bloki wyglądał jak kurnik. Pokryty eternitem, szyby zasłonięte kartonami, niedokończone ocieplenie. Przywitały ich cztery psy i z dziesięć kotów skaczących wokół swojej pani. Przyniesione rzeczy zostawił przed bramką, żeby – choć nie miało to większego sensu – nie padły ofiarą czworonogów. Do domu prowadziła ścieżka uwalona zwierzęcymi odchodami, a potem schody, od których niejeden mróz odkuł kafelki. Córka staruszki puściła go przodem. Po otwarciu drzwi uderzył go fetor rozkładającego się jedzenia i zwierzęcych kłaków wdzierających się do gardła. Kierownik musiał mocno popchnąć skrzydło, żeby przecisnąć się do środka. Porysował starą wykładzinę, a na głowę poleciał mu pusty karton. Już miał go odrzucić gdzieś na bok, gdy usłyszał cienki głosik.

– Odłóż go, złotko, przyda się.

Po przejściu przez werandę okazało się, że przydasi jest o wiele więcej. Kartony pełne gazet, książek. Stosy ubrań, które przykryły krzesła, fotele i łóżka.

– Usiądźcie, jak już jesteście. – Wskazała na posłanie ograniczające się do wydzielonego kawałka tapczanu, na którym leżała czysta pościel i złożona w kostkę pidżama. Od tapczanu wąska ścieżka prowadziła do kuchni. Cała reszta przypominała miejsce splądrowane przez złodziei w pośpiechu wyrzucających wszystko na podłogę.

– Zrobię wam herbaty. – Chwyciła ze stołu trzy kubki. Z jednego wyskoczyła szara myszka i zniknęła w kupie ubrań. Kolejne odkrycia powodowały, że zbierało się mu na wymioty.

– Od dawna?

– Od kiedy pamiętam, ale od pięciu lat coraz gorzej.

– No, a…

– Proszę się nie krępować.

– Leczenie, te sprawy? Może da się coś zrobić?

– Ucieka z ośrodków, ze szpitali wypisuje się na własne życzenie, gdy poczuje się lepiej.

– Nie boi się pani?

– Czego? Jej śmierci? Czekam z nadzieją, kiedy to nastąpi.

Kierownik wzdrygnął się, zimny pot skroplił się na plecach.

– Mamusiu, zobacz. Głowa odpadła temu misiu. – Staruszka stanęła w przejściu między pokojami, ściskając maskotę, trochę mniejszą od niej. Rozpłakała się, a wraz z nią jej córka.

Kierownik zostawił je razem. Usiadł na krześle przed bramką, do ręki wziął rozpoczętą wcześniej lekturę, a na głowę nałożył abażur.

Dominik Kasicki

Dominik Kasicki

Obserwator rzeczywistości, pasjonat codzienności i uczuciowy meteopata. Pisze opowiadania oraz haiku. Aktualnie pracuje nad pierwszą powieścią. Współautor antologii opowiadań Cymelium i dumny członek grupy Mafia Literacka. Laureat kilku konkursów literackich. Jako uczestnik warsztatów pisarskich zjeździł kraj od morza po góry. Po drodze dorwał się do radiowego mikrofonu i od tamtej pory przepytuje twórców o kulisy powstania ich debiutanckich dzieł w podcaście „Pierwsza Książka”. Gdy nie tworzy memów lub wycinków z gazet, które serwuje na swoich profilach, poznaje tajniki kręcenia krótkich filmów w smartfonowym formacie.

Volha Zarouskaya

Volha Zarouskaya

Artystka, projektantka i ilustratorka, absolwentka Białoruskiej Akademii Sztuk Pięknych. Uciekła z Białorusi w poszukiwaniu wolności osobistej, a z branży game development w poszukiwaniu wolności twórczej (ale czasami tęskni za pensjami z IT). Obecnie mieszka w Gdańsku i jest w nim zakochana jak w żywej istocie. Tworzy grafiki, w których codzienność staje się magią.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Wieczorynka Wieczorynka Wieczorynka
Aleksandra Majdzińska

Wieczorynka

Stara rura & krata piwa Stara rura & krata piwa Stara rura & krata piwa
Jacek Szafranowicz

Stara rura & krata piwa