Maj jest pod tym względem zdeterminowany – nie ma już w sobie niepewności kwietnia. Nie pyta, czy można. Po prostu rozkrzacza się, bujniej, głośniej i coraz gwałtowniej.
Rozwija się w kilku tempach jednocześnie, nakłada na siebie kolejne warstwy zieleni. Wczorajsze się kończy, zanim zdążyliśmy je zauważyć. Coś nowego już trwa. Nabiera tempa, porywając w swój nurt napotkane życia.
Literatura lubi takie momenty — kiedy rzeczywistość jest szybsza od języka, kiedy trzeba gonić za słowem adekwatnym do tego, co w takim tempie umyka. Ale literatura lubi też zatrzymać się wbrew wszystkiemu i patrzeć uważnie w przeszłość, by z niej wyłowić to, co – o, paradoksie – przyszpili teraźniejszość. Postawi ją przed lustrem, w którym widać więcej i ostrzej. Jeśli nasza rzeczywistość wydaje się nam wyjątkowa, to warto twardo stać na nogach i nie tracić z pola widzenia dość banalnej prawdy: że tylko nam się taka wydaje, bo jest nasza, a trudno przekroczyć ten egocentryczny horyzont. Wszystkim, raczej bez wyjątków. Warto tę nadrzędność naszości z premedytacją kwestionować i poza nią spoglądać.