Październik kłapie na mnie paszczą pełną zaostrzonych konarów, ślini się
w mój miękisz, ślizga kapeluszami białych monetek kleistych po pniu.
Czuję go w klatce piersiowej, jest gorący i ciężki, aż boli, wybucha
pękatymi śnieguliczkami w moje stopy, chce być deptany, szczeleszczony,
łamany twardym obcasem po korzonkach. Pałąki nóg i rąk wyciąga władczo
aż do betonu, prawie pod fundamenty mojego domu. Wybełtuje się szczeciną
suchych traw w moim ogródku, wsypuje mi we włosy nasiona, gdy myśli,
że nie widzę. Kipi z oddali śluzem i magmą; pulsuje zmiennokształtnym kambium.
Ziemia daje, ziemia zabiera.