Rozmowa z Grzegorzem Fortuną jr. (ur. 1991) – badaczem kina gatunkowego, popkultury i polskiej transformacji, kierownikiem Zakładu Produkcji Form Audiowizualnych na Uniwersytecie Gdańskim, dyrektorem programowym Octopus Film Festival i współtwórcą firmy dystrybucyjnej Velvet Spoon – o jego książce Elektroniczny bandyta. Rynek wideo w Polsce okresu transformacji (słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2025).
Antoni Majewski: Od lat jesteś członkiem kolektywu VHS Hell, który – jak można przeczytać na waszej stronie – zajmuje się między innymi „zbieraniem, archiwizowaniem i publikowaniem materiałów związanych z erą wideo”. Jak zaczęła się twoja przygoda z VHS-ami?
Grzegorz Fortuna: Jej początki sięgają czasów dzieciństwa. Koło mojego rodzinnego domu, przy ulicy Wita Stwosza w Gdańsku, był punkt, który pełnił typową dla lat dziewięćdziesiątych funkcję tak zwanego pepuha. Pod określeniem tym, ukutym od skrótowca PPUH, kryły się przedsiębiorstwa produkcyjno-usługowo-handlowe, które zakładali ludzie chcący prowadzić działalność gospodarczą, ale nie do końca wiedzący, czym w istocie będą się zajmować. Pepuh pozwalał na dywersyfikację modelu biznesowego, czyli jednocześnie na produkcję, usługi i handel. Punkt, o którym mówię, był właśnie czymś takim: cukiernią, punktem totolotka i wypożyczalnią kaset wideo w jednym. Chodziłem tam z rodzicami po pierwsze VHS-y i bardzo to miejsce lubiłem. Jako nastolatek zacząłem się interesować filmami trochę bardziej niszowymi, mniej popularnymi, których nie puszczano w Polsacie czy w TVN-ie. Wtedy zorientowałem się, że w wypożyczalniach jestem w stanie znaleźć filmy, o których nie ma jeszcze informacji na Filmwebie, wtedy raczkującym, czy na IMDB i które wówczas nie były też dostępne w internecie. Zacząłem rozumieć, że rynek wideo jest fascynujący zarówno przez swoją skalę, jak i liczbę oraz różnorodność oferowanych tytułów. W liceum, czyli w latach, powiedzmy, 2005–2008, kiedy duża część wypożyczalni już upadła, zacząłem jeździć po tych w Trójmieście, które nadal funkcjonowały, żeby wykupywać interesujące mnie kasety. Zorientowałem się, że naprawdę jestem w stanie znaleźć tam filmy bardzo trudno dostępne. Zaczęło mnie to coraz bardziej i bardziej wciągać. Później poszedłem na filologię polską ze specjalizacją filmoznawczą i – począwszy od pracy licencjackiej, której promotorem był prof. Paweł Sitkiewicz – zagrzebałem się w tym temacie na dekadę.
AM: Wiem, że kolekcjonujesz kasety. Ile ich masz?
GF: W tej chwili jakieś trzy – trzy i pół tysiąca. Ale to nic przy tym, co ma Krystian Kujda, czyli założyciel VHS Hell, posiadacz 12 tysięcy VHS-ów. Raz mi się zdarzyło wykupić cały asortyment wypożyczalni, około tysiąca kaset. Jeszcze z dziesięć lat temu, ilekroć z Krystianem Kujdą dokądś jechaliśmy, sprawdzaliśmy w starych książkach telefonicznych, gdzie były wypożyczalnie. Pukaliśmy do drzwi ich właścicieli i przeważnie słyszeliśmy: „nie mamy” albo „to nie my, tylko ktoś, kto tu mieszkał wcześniej”, ale sporadycznie ktoś mówił, że ma jeszcze kasety na strychu czy w piwnicy. Wtedy wykupowaliśmy z tych znalezisk interesujące nas pozycje, zazwyczaj za grosze.
AM: Na początku książki opisujesz PRL z lat, kiedy pojawiały się w Polsce pierwsze kasety. Jak to wówczas wyglądało i funkcjonowało?
GF: W latach osiemdziesiątych rynek wideo dopiero się u nas rozwijał, właściwie raczkował. Na początku dekady magnetowidów było w Polsce niewiele. Znajdowały się głównie w rękach instytucji państwowych, szkół, klubów studenckich, czasami dygnitarzy lub bogatych prywaciarzy. Nie istniały jeszcze wypożyczalnie czy punkty wymiany kaset (te zaczęły się pojawiać dopiero w połowie lat osiemdziesiątych). Ponieważ magnetowidów było tak mało, były tak drogie i tak niedostępne, bardzo popularne stały się pokazy zbiorowe, które w zasadzie przeczą idei VHS-u i idei szeroko pojętego kina domowego. Jeśli spojrzeć na to z perspektywy amerykańskiej, japońskiej czy zachodnioeuropejskiej, to wiadomo, że kaseta jest po to, żeby nie oglądać filmu z innymi ludźmi, tylko w domu, w dowolnie wybranej przez siebie chwili, w samotności lub z wybranym przez siebie towarzystwem.
AM: Zwłaszcza w przypadku filmów pornograficznych.
GF: Zwłaszcza w przypadku filmów pornograficznych. A w Polsce VHS-ów było tak mało, że w latach 1981–1984 bardzo popularne się stały pokazy zbiorowe. Polegały na tym, że na przykład klub studencki organizował seans w sali na 400, 500 czy 600 osób, film pokazywano symultanicznie na kilku telewizorach, często czarno-białych, a lektor czytał (czasami też tłumaczył) dialogi na żywo. Z dzisiejszego punktu widzenia to się wydaje kompletnie bez sensu, prawda? Kto i dlaczego chciałby siedzieć w odległym rzędzie i patrzeć na dwudziestocalowy telewizor z odległości dziesięciu metrów? Jednym z powodów, dla których ludzie w tym uczestniczyli, był repertuar. Trzeba pamiętać, że w PRL-u mieliśmy do czynienia z państwowym monopolem także w dziedzinie repertuaru filmowego. Za zakupy tytułów odpowiadało Przedsiębiorstwo Państwowe „Film Polski”, które miewało kłopoty z cenzurą (lub cenzurowało się prewencyjnie), a w latach osiemdziesiątych – pamiętajmy, że mówimy o czasach kryzysu gospodarczego – także z finansowaniem zakupów. W ówczesnych polskich kinach raczej rzadko pojawiały się filmy erotyczne, a jeśli czasami wyświetlano film ze sceną erotyczną, to robił furorę. Na zbiorowych pokazach VHS-ów często puszczano właśnie takie obrazy jak Salo, czyli 120 dni Sodomy, Emanuel, Historia O. Atrakcją były również amerykańskie przeboje czekające jeszcze na premierę kinową w Polsce. Bo warto pamiętać, że cena licencji filmowej z czasem spada – film tanieje, jeśli nie zostanie kupiony przez, powiedzmy, pierwszy rok od światowej premiery. Właśnie z tego często korzystał Film Polski: nie kupował Gwiezdnych wojen czy Indiany Jonesa od razu, tylko po dwóch latach, żeby było taniej.
Od połowy lat osiemdziesiątych magnetowidy stały się powszedniejsze. Po roku 1983, po zniesieniu stanu wojennego, coraz więcej Polaków wyjeżdżało do pracy za granicę, bardzo często przywozili oni albo pieniądze, które pozwalały na zakup magnetowidów w Paweksie czy w Baltonie, albo – w sposób mniej lub bardziej legalny – same magnetowidy. I choć monopol na dystrybucję nadal ma Film Polski oraz podlegające mu instytucje, takie jak Centrala Dystrybucji Filmów czy Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów, to powoli rozwija się piracki rynek kasetowy, bardzo ciekawy i zróżnicowany. Niektórzy przywożą kasety do Polski dzięki marynarzom, inni dzięki stewardessom. Kasety są tłumaczone, jest wgrywany lektor i filmy zaczynają być w mniej lub bardziej chałupniczy sposób rozpowszechniane. Tak to wygląda w zasadzie do końca lat osiemdziesiątych.
Warto wspomnieć, że mamy do czynienia z podmiotami, które działają w szarej strefie, i że to nie były wypożyczalnie, jakie pamiętamy z lat dziewięćdziesiątych czy z początku lat 2000. Mówimy raczej o bazarowych stoiskach, kasetach bez okładek, jedynie z tytułem; o tak zwanych wymienialniach, czyli punktach, do których przynosiło się kasetę jako wpisowe, a potem za niewielką opłatą wymieniało tę, którą się wzięło, na inną, dzięki czemu ciągle się miało nowe filmy. Pojawiły się też tak zwane biura tłumaczeń, gdzie nie wypożyczało się kaset, tylko tłumaczenie (to znaczy zlecało się je). Teoretycznie więc przedmiotem wypożyczenia nie był film. To przykład dość prymitywnego obchodzenia prawa, analogiczny do sprzedawania na Allegro termometrów kolekcjonerskich po tym, jak Unia zakazała termometrów rtęciowych.
AM: A jak wyglądał kasetowy standardowy repertuar filmowy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych?
GF: Składał się przede wszystkim z filmów amerykańskich, i to możliwie jak najnowszych. W PRL-u Polacy doświadczali dość absurdalnej sytuacji: czytali w prasie – w „Filmie”, w „Kinie” czy w „Ekranie” – recenzje i informacje o filmach typu Indiana Jones, Szczęki 2, Gwiezdne wojny, Terminator czy Rambo, ale nie mogli ich obejrzeć. W latach dziewięćdziesiątych zaczęto więc bardzo idealizować nowości. Wszystko, co nowe, było interesujące. Druga bardzo mocno idealizowana rzecz to filmy amerykańskie. Wiadomo, Zachód – prezentowany przez propagandę jako zgniły, jako siedlisko zła i rozpusty oraz kapitalizmu – był dla Polaków najciekawszy.
Jeśli chodzi o rodzaj filmów, to dominowało kino gatunkowe, z filmami akcji na czele: szeroko pojęta reaganomatografia, czyli Stallone, Schwarzenegger, ale też Jean-Claude Van Damme, Chuck Norris, Dolph Lundgren, później nawet Matthias Hues czy Rutger Hauer, który w Polsce był gigantyczną gwiazdą. Poza akcją pojawiało się też trochę filmów przygodowych, całkiem dużo kina grozy, trochę kina erotycznego.
AM: Tak ogromne zainteresowanie filmami na kasetach musiało przyciągać nie tylko drobnych przedsiębiorców. Jak rozwijał się rynek dystrybucji i jak wyglądał w latach dziewięćdziesiątych?
GF: Pierwszy prywatny dystrybutor w Polsce pojawił się jeszcze w PRL-u, w roku 1983, aczkolwiek na pełniejszą skalę kasety dystrybuował dopiero od 1987 roku. Była to firma ITI, która zaczynała jako firma polonijna zajmująca się różnymi rzeczami, między innymi sprzedażą przekąsek. Już jako duże konsorcjum podpisała w połowie lat osiemdziesiątych umowy na wyłączność z amerykańskimi studiami i w ramach tych umów wprowadzała na kasety filmy wytwórni Columbia, CIC, TriStar, między innymi z Clintem Eastwoodem. ITI – oczywiście dzięki temu, że zaczęła tak wcześnie, miała kontakty i działała profesjonalnie – zyskała najsilniejszą pozycję na rynku i na początku lat dziewięćdziesiątych odpowiadała za mniej więcej 60–70 procent obrotu legalnymi kasetami. Poza ITI ogromną rolę odegrały dwie firmy z Gdyni, czyli Elgaz i Video Rondo. Miały podobny repertuar, podobne filmy i de facto powstały w promieniu pięciu kilometrów od siebie, a różniły tym, że Elgaz był wielkim projektem wielobranżowym Janusza Leksztonia, który zaczynał jako kotlarz, produkował kotły gazowe, potem założył największą w Europie Wschodniej kopiarnię kaset, działającą w trybie trzyzmianowym, ale także produkował okna PCV, dystrybuował samochody, stoły bilardowe, biżuterię, miał agencję reklamową, Video Rondo zaś było firmą rodzinną, założoną przez byłego hodowcę trzody chlewnej i jego syna, którzy otworzyli wypożyczalnię, a później zaczęli również kupować licencje. Co ciekawe, i Elgaz, i Video Rondo wydawały filmy, które z dzisiejszej perspektywy uznalibyśmy za absolutnie wątpliwe i bezsensowne biznesowo: tanie filmy gatunkowe, o których nikt już nie pamięta – ale wtedy to się sprzedawało. Interesująca była też skala biznesu, gdyż obie firmy istniały około pięciu lat i obie wydały w tym czasie około tysiąca filmów – mówimy o dystrybucji na poziomie dwustu filmów rocznie. Absolutne szaleństwo. Jeśli chodzi o legalną dystrybucję w okresie ustrojowego przełomu, czyli od 1989 do 1993 roku, to te trzy firmy absolutnie zdominowały rynek. Później to się już trochę zmieniało. Przy czym warto pamiętać, że ciągle popularne było piractwo.
AM: Zatem powróćmy jeszcze do tego zagadnienia. Jak dużą rolę w tamtych czasach odgrywało piractwo?
GF: Gigantyczną. Zaznaczmy jednak, że w latach osiemdziesiątych piractwa nie traktowano negatywnie. Pirat był uznawany za dobrodzieja. W PRL-u oszukiwanie państwa nie było źle widziane, przeciwnie – w powszechnym odbiorze raczej dowodziło odwagi, pomysłowości, zaradności. Jeśli dzisiaj ktoś kradnie paliwo z firmy, to jest po prostu złodziejem. W PRL-u ktoś, kto kradł paliwo z firmy, zazwyczaj sprzedawał je potem na czarnym rynku, dzięki czemu zapewniał paliwo zwykłym obywatelom, którzy borykali się z jego niedostatkami. Z piractwem było trochę podobnie. Ponieważ państwowy dystrybutor jako monopolista trzymał łapę na rynku wideo i na rynku filmowym w ogóle i nie dopuszczał do niego innych podmiotów, to pirat de facto niósł kaganek oświaty i kultury. PRL padł w 1989 roku, ale zmiany mentalne i społeczne nie zachodzą ot tak, potrzeba na nie czasu, więc na samym początku lat dziewięćdziesiątych piractwo stanowiło, jak się szacuje, około 95 procent rynku. Na bazarach nadal wypożyczało się filmy, ale piractwo zmieniało swoją twarz: piraci, podszywając się pod legalne firmy, wydawali filmy z okładką i obwolutą, żeby udawać profesjonalnych dystrybutorów. Sprzedawali też filmy wypożyczalniom metodą akwizycyjną. Często kopiowali legalne wydania i sprzedawali je na własną rękę bez płacenia prowizji. Do połowy lat dziewięćdziesiątych piractwo było niesamowicie silne.
AM: Wspomniałeś już o kinie akcji, o którym sporo piszesz w książce. Równie często wspominasz w niej także o pornografii i erotyce. Jak duży udział w rynku miały filmy tego typu?
GF: W tamtym czasie to szczególny segment polskiego rynku filmowego. W PRL-u pornografia była zakazana, za dystrybucję i rozpowszechnianie pornografii można było pójść do więzienia. W praktyce niewiele osób skazano z tego tytułu, ale groźba istniała. W związku z tym w społeczeństwie panował swoisty niedosyt i wszelkie treści erotyczne traktowano z dużym zainteresowaniem i fascynacją.
Po 1989 roku tego przepisu nie zniesiono, ale w 1993 głośna stała się sprawa Jerzego Urbana, w latach 1981–1989 rzecznika prasowego Rady Ministrów, później, w 1990 roku, założyciela tygodnika „Nie”. Urban zauważył, że pornografia jest zakazana, ale nie ma jej jasnej definicji, czyli nie wiadomo, co tak naprawdę pornografią jest, a co nią nie jest – a skoro tak, no to nie da się skazać nikogo z tytułu rozpowszechniania pornografii. I nagle w wypożyczalniach, również tych oficjalnych, zaczęło się pojawiać bardzo dużo filmów porno.
Ponieważ widzowie nie mieli za bardzo doświadczenia z pornografią jako gatunkiem, nie znali też kodu jej funkcjonowania. Jeden z dystrybutorów tego okresu opowiadał, że w latach osiemdziesiątych ściągnął kasetę pornograficzną i postanowił ją obejrzeć z rodziną: z siostrą, z rodzicami, ze znajomymi. W trakcie seansu, podczas sceny seksu, siostra spojrzała na niego zdziwiona z pytaniem: „Marek, ale oni są małżeństwem?”. To pokazywało, że zupełnie nie rozumiano, jak to działa. Bardzo lubię inną wspaniałą anegdotę. Z Krystianem Kujdą rozmawialiśmy z panią, która opowiadała, że na obejrzenie pierwszej ściągniętej kasety pornograficznej zaprosiła rodzinę i sąsiadów, ale tylko jej dziesięcioletni syn umiał włączyć magnetowid, więc ona zasłaniała mu oczy, a on klikał, żeby ten film puścić. Ludzie przygotowywali sałatki, wódkę, kanapeczki do wspólnego oglądania filmu porno. Dzisiaj jest to nie do pomyślenia.
AM: Chciałbym namówić cię na opowieść o kuchni twojej pracy nad Elektronicznym bandytą. Przede wszystkim – jakie było najbardziej niespodziewane odkrycie podczas zbierania materiałów do książki?
GF: Takim odkryciem okazała się skala zjawiska oraz jego obraz na tle całej Europy. Co prawda zawsze wiedziałem, że liczba wypożyczalni i wielkość rynku wideo w Polsce w latach dziewięćdziesiątych była gigantyczna, ale dopiero twarde polskie i zagraniczne dane mi uświadomiły, że byliśmy absolutną potęgą. Gdybyśmy żyli w Wielkiej Brytanii, we Francji, w Niemczech, w jakimś kraju zachodnim, gdzie nowinki techniczne się pojawiają, ale nie są niczym szczególnym, to kasety wideo byłyby dla nas pewnego rodzaju ewolucją i zmianą technologiczną, ale nie stałyby się rewolucją repertuarową. W krajach zachodnich na kasetach wideo wychodziły te same filmy, które pokazywano w kinach, albo filmy, które omijały rynek kinowy; kasety były pewną nowością, ale niczym więcej. W Polsce zaś wideo – po pierwsze – umożliwiało odcięcie się od państwowego aparatu; po drugie – pozwoliło na własny wybór repertuaru; i po trzecie – przyniosło pewnego rodzaju poczucie lepszego świata, powiew zachodu. I dlatego ludzie naprawdę wręcz rzucili się na VHS-y. W połowie lat dziewięćdziesiątych w Polsce per capita było więcej magnetowidów i więcej wypożyczalni niż we Włoszech, w Austrii, w Wielkiej Brytanii, w Hiszpanii, w Portugalii. Inny czynnik, z którego fenomen Polski jako wideo potęgi wyrasta, wiąże się z tym, że choć byliśmy krajem bloku wschodniego, znaleźliśmy się w stosunkowo komfortowym położeniu; w porównaniu z Ukrainą jako jedną z republik ZSRR czy Rumunią z czasów reżimu Ceaușescu, gdzie panował po prostu głód, byliśmy krajem względnie rozwiniętym i względnie bogatym. Sytuacja pozostawała u nas w miarę stabilna, nie borykaliśmy się z brakiem jedzenia, tylko odczuwaliśmy niedostatek dóbr aspiracyjnych czy luksusowych. Nie mieliśmy samochodów, markowych ubrań, nie mieliśmy zachodniej rozrywki, ale magnetowidy i kasety wideo stały się dla nas przepustką do lepszego świata.
AM: A co sprawiło ci największy kłopot podczas pracy i badań?
GF: Najwięcej trudności badawczych wiązało się z pornografią. Jej temat mnie absolutnie fascynował, ale niełatwo dziś o rozmówców, którzy zajmowali się konkretnie porno. Często chodzi tu o osoby z półświatka, do których trudno znaleźć kontakt, nawet jeśli żyją. Z kolei ludzie o ogólnej specjalizacji, rozprowadzający czy wypożyczający filmy wszystkich gatunków, w tym pornografię, często niechętnie o tym opowiadają i trochę się tego wstydzą. (Pewna pani przyznała, że mieli w dystrybucji pornosy, ale potem je wycofała, no i poszła się z tego wyspowiadać. Inny pan opowiadał, że miał pornosy w kasetach, w sensie: w wypożyczalni, i dostawał listowne pogróżki lub wyzwiska typu „Szczęść Boże, ty skurwysynu, jak możesz to wypożyczać?”. To jedno z moich ulubionych zestawień: „Szczęść Boże, ty skurwysynu”). Nie dotarłem też na przykład do polskich producentów porno z lat dziewięćdziesiątych.
AM: Powiedzmy, że przy badaniu tej części zagadnienia nie odniosłeś pełnego sukcesu. Ale na pewno jest coś, z czego jesteś dumny. Odkryłeś jakąś perełkę?
GF: Wydaje mi się, że jednym z moich ciekawszych odkryć jest wypożyczalnia w Czudcu. To przykład transformacji w pigułce. Czudec to bodajże dwutysięczna miejscowość na Podkarpaciu z jedną stacją benzynową, paroma sklepami i tyle. Mieszkało tam małżeństwo, wtedy bardzo młode, oboje mieli po dwadzieścia kilka lat. Wspólnie założyli pierwszą wypożyczalnię w okolicy, która rozrosła się do takich rozmiarów, że w pewnym momencie prowadzili coś na kształt franczyzy. Doszli bowiem do wniosku, że skoro mają kasety, które w Czudcu obejrzeli już wszyscy, którzy chcieli, to może sensownie byłoby dogadać się z właścicielem sklepu dziesięć kilometrów dalej, żeby on te kasety przejął i za procent je wypożyczał. W ten sposób zorganizowali dwadzieścia punktów na całym Podkarpaciu. Kiedy kasety zgrały się w miejscu B, dostarczali je do miejsca C. Z miejsca C do miejsca D, dzięki czemu każda kaseta pracowała przez lata, a nie przez miesiące. To, jak opowiadali o rozwoju swojego biznesu, jest dla mnie wzorem z Sèvres polskiej transformacji i jej szkoły, to po pierwsze. Po drugie, jest też przykładem tego, jak ludzie uczyli się kapitalizmu – prawa popytu i podaży, zasad działalności gospodarczej de facto bez żadnego przygotowania i na własną rękę. I chyba ten Czudec, gdzie spędziłem pięć czy sześć godzin, a potem kolejne tyle dopytując przez telefon, był jednym z najciekawszych miejsc, do których dotarłem. Bardzo interesująca okazała się również rozmowa z przedstawicielami firmy Video Rondo, do której też z Krystianem Kujdą dotarliśmy.
AM: Od momentu premiery książki miałeś kilkanaście spotkań autorskich. Jaki jest odbiór twojej książki i jej tematu?
GF: Bardzo pozytywny. To jest bardzo miłe. Okazało się, że temat VHS-ów otwiera ludziom w głowach różne, przez lata zamknięte szufladki. Na co dzień nie przykładamy większej wagi do technologii, z której korzystamy – nie tęsknimy więc za telefonami Nokia czy płytami DVD, nie brak nam telewizji osiedlowej. Podczas wywiadów z bohaterami książki zauważyłem, a miałem wtedy dwadzieścia parę – trzydzieści lat, że bardzo często na początku odbierali mnie dość sceptycznie, bo cóż ten szczyl może wiedzieć o VHS-ach. Ale kiedy zadawałem im konkretne pytania, przywoływałem konkretne ustawy, zmiany, zaczynali mnie szanować i się otwierali. Bardzo podobnie się dzieje na spotkaniach autorskich: ludzie opowiadają swoje historie, dzielą się swoimi doświadczeniami. To dla mnie bardzo miłe i inspirujące, bo ciągle jestem tym tematem zafascynowany, jakbym nigdy go nie zamknął.
AM: Zostałeś nominowany do Nagrody „Kina” im. Bolesława Michałka. Jak się czujesz z tym wyróżnieniem?
GF: Jest mi miło i czuję się zaskoczony. Do tej nagrody można być nominowanym tylko przez jej jury, które samo przeszukuje zasoby książek filmoznawczych i wskazuje najciekawsze, najważniejsze. To dla mnie bardzo duże wyróżnienie, bo – po pierwsze – niezwykle cenię obu współnominowanych, czyli Tadeusza Sobolewskiego [zwycięzca w edycji za rok 2025 – dopisek redakcji] i Emila Sowińskiego, znalezienie się w ich gronie jest wielkim zaszczytem. Po drugie – to najważniejsza nagroda dla książki filmowej w Polsce.
AM: Zdradzisz, jakie masz plany w kwestii literatury?
GF: Moja książka zainicjowała w wydawnictwie słowo/obraz terytoria nową serię „Pulp Non-Fiction”, którą będę miał przyjemność współtworzyć. Mamy już do niej propozycje na pięć lat. Moje autorskie plany wiążą się z habilitacyjną książką o włoskim rynku filmowym od lat pięćdziesiątych do siedemdziesiątych, który jest moją drugą po wideo fascynacją. Traktuję go jako pewien klaster filmowy, jedyny w historii, który rzucił rękawicę rynkowi hollywoodzkiemu i Hollywood. Cały czas też bardzo mnie interesuje eksploracja lat dziewięćdziesiątych, między innymi z perspektywy kina i jego rozwoju – albo raczej zwoju kin w tym okresie. A także z perspektywy telewizji: jak wyglądał rozwój telewizji i pewnych formatów w tym okresie.