Odzyskać święto książki

Jolanta Pawlik-Świetlikowska i Kazimierz Świetlikowski, właściciele Oficynki i Wydawnictwa Naukowego Katedra
Jolanta Pawlik-Świetlikowska i Kazimierz Świetlikowski, właściciele Oficynki i Wydawnictwa Naukowego Katedra

Z Jolantą i Kazimierzem Świetlikowskimi, założycielami i właścicielami wydawnictw Oficynka i Katedra, rozmawia Czesław Romanowski

 

Jolanta Pawlik-Świetlikowska – doktor nauk humanistycznych, literaturoznawczyni i wydawczyni. Pracuje na rynku wydawniczym trzydzieści lat. Była prezesem Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego, a obecnie jest właścicielką Oficynki i współwłaścicielką Wydawnictwa Naukowego Katedra. Jest także autorką artykułów naukowych i popularnonaukowych.

 

Kazimierz Świetlikowski – właściciel Wydawnictwa Naukowego Katedra, redaktor naczelny Oficynki, odpowiedzialny za dobór książek i współpracę z autorami i redaktorami.

Czesław Romanowski: Jolu, interesujesz się kryminałami, przeczytałaś ich setki, sami je w Oficynce wydajecie. Czy coś cię jeszcze potrafi w książkach kryminalnych zaskoczyć?

Jolanta Świetlikowska: W tej chwili w produkcji kryminałów chyba najbardziej zaskakuje mnie fakt – i powiem to świadomie i mocno – że jest to właśnie produkcja, w dodatku coraz bardziej sztampowa. Kiedy zaczynaliśmy się interesować kryminałami pod wydawniczym kątem, to były to często bardzo dobre książki – miały jakieś tło, były wyrafinowane, przemyślane. A teraz część autorów pisze jedną powieść na miesiąc. Więc robi się z tego masówka. Oczywiście kryminały nadal są ludziom potrzebne, niemniej jednak w tym roku podjęliśmy decyzję, że będziemy ich wydawać mniej. Wracamy do korzeni, czyli do bardziej zaawansowanej literatury kryminalnej.

CzR: Zmęczenie materiału?

JŚ: Tak. Wcześniej kryminał był gatunkiem, którego się wstydzono – a my w tym właśnie czasie, kilkanaście lat temu, zaczęliśmy się nim interesować, założyliśmy serwis Zbrodnia w Bibliotece, Oliwski Klub Kryminału z biblioteką wojewódzką. Zaraz potem zaczął się proces, który wprowadził ten gatunek na salony. Jednak koniec końców okazał się on dla niego zabójczy.

CzR: Juliusz Machulski powiedział w jednym z wywiadów, że jako dziecko chodził do kina z ojcem na westerny. I wydawało mu się wówczas, że jest to gatunek filmowy, który będzie trwał wiecznie. Tymczasem nadszedł zmierzch westernów. Co prawda i później pojawiały się jeszcze interesujące tego typu produkcje, ale jako całość western w sumie się skończył, formuła się wyczerpała. To samo czeka kryminał?

Kazimierz Świetlikowski: Nie sądzę, by nastąpiło wyczerpanie kryminału jako gatunku, tylko… Gdy było dziesięciu autorów piszących kryminały i sprzedaż ich książek kształtowała się w okolicach pięciu–dziesięciu tysięcy, to większość pisarzy się za to nie zabierała. W tej chwili debiutantów zaczynających od kryminałów jest pewnie kilkuset rocznie, a ci, którzy zajmują się ich pisaniem profesjonalnie od lat, potrafią, jak powiedziała Jola, wypuścić w ciągu roku nawet kilka książek. I wydaje się, że rynek jest wciąż nienasycony. Bo skoro wydawcy decydują się tego typu literaturę publikować, to oznacza, że istnieje na nią popyt. Ale myślę, że jeśli się pisze kilka powieści na rok, to one nie mogą być dobre. A z drugiej strony, gdy czytelnik próbuje poznać cały ten zalew dość podobnych tekstów, to szybko traci możliwość oceny, co jest ciekawe, a co wtórne i nudne.

JŚ: Mamy poczucie przesytu i tego, że cała ta szybkość i pójście rynku wydawniczego w ilość niszczą jakość książki. Nie tylko kryminałów zresztą. Tak jest też z pisaniem i z czytaniem – wydaje się, że teraz panuje przekonanie, że im szybciej daną książkę przeczytasz, tym lepiej. A książek trzeba doświadczać, przeżywać je. Jeżeli tekst ma służyć rozrywce, niech to będzie rozrywka na poziomie.

CzR: Pozostając jeszcze na chwilę przy tej literaturze – co czytelników w kryminałach pociąga? Sama zbrodnia, rozwiązanie zagadki, psychologia bohaterów, dochodzenie do prawdy? Co – jeżeli chodzi o dobrą literaturę kryminalną – jest tutaj najważniejsze dla czytelnika?

JŚ: Dyskutuję na ten temat bardzo dużo i z czytelnikami, i z autorami. Zresztą sama zadaję to samo pytanie, gdy prowadzę spotkania autorskie. To złożona kwestia. Według mnie kryminał pozwala doświadczać czegoś złego w sposób bezpieczny – doświadczyć przestępstwa, tego, jak myśli morderca, w jaki sposób dokonuje zbrodni, doświadczyć tego w kontrolowany sposób, zrozumieć, co się wtedy z tym człowiekiem dzieje, co się dzieje z ofiarą, z prowadzącym śledztwo. Druga kwestia – można to powiedzieć także o westernie – w kryminale dochodzi do walki dobra ze złem. Czasami ten aspekt się rozmywa, w thrillerach chociażby, i różnie poszczególni autorzy go ukazują, ale z reguły jest tak, że zło się tropi i to zło na końcu – i to jest istota kryminału – przegrywa. Mamy więc swego rodzaju przywrócenie porządku w świecie. Co jest dosyć istotne. No i przywiązujemy się do dobrze skonstruowanych bohaterów. Lubimy zagadki kryminalne, bo lubimy grę intelektualną. Kryminał nam to daje. Inne książki też, ale on daje nam dodatkową możliwość zgłębienia tajemnicy. Poszukiwania odpowiedzi, wskazówek, wyprzedzania akcji. Dużo o tym pisał Mariusz Kraska w książce Prosta sztuka zabijania. Figury czytania kryminału. Sporo tam właśnie o grach narratora z odbiorcą. Myślę też, że ważna jest chęć doświadczenia dobrej rozrywki, poczucia przyjemności, bycia w innym świecie, który może nas pociągać – takie kryminały pisała chociażby Agatha Christie.

CzR: Zacząłem od kryminałów, bo większość, czy też poważna część wydawanych przez Oficynkę pozycji to właśnie kryminały.

JŚ: Zaczęliśmy wydawać kryminały, bo były one – chyba bardziej dla mnie niż dla Kazika – doskonałą rozrywką, czytałam je od dzieciństwa. Chcieliśmy odpocząć od trudniejszej literatury…

CzR: Którą zajmowaliście się przed założeniem własnego wydawnictwa…

JŚ: No właśnie. Stąd taki pomysł. A w tej chwili wracamy do literatury trudniejszej, żeby odpocząć od kryminałów. Taki płodozmian jest potrzebny.

KŚ: Jeszcze à propos tego, do czego prowadzi wspomniane, nadmierne naszym zdaniem, umasowienie produkcji i czytelnictwa kryminałów. Początkowo nas to szokowało, ale w tej chwili nieco się przyzwyczailiśmy, że w internecie zaczęły się pojawiać „recenzje”, w których autorzy wypowiadają się na przykład o Agacie Christie w stylu: słyszałem o niej, ale to przereklamowana autorka, powinna jeszcze popracować nad swoim piórem.

CzR: Czyli zastałem was w dosyć przełomowym momencie. Kiedy po trzynastu latach istnienia Oficynki redefiniujecie jej założenia. Tak czy inaczej – od kryminału zaczęliście. Ale jak było z samym pomysłem na założenie wydawnictwa? Co innego redagować książki czy zajmować się działalnością wydawniczą u kogoś – tak jak wy to robiliście – a co innego pójść na swoje, nawet jeżeli to ta sama branża. To trochę skok na główkę i nie wiadomo, czy do basenu z wodą. Byliście stuprocentowo przekonani, że to właściwy ruch?

JŚ: Jeden z autorów, gdy się o tym pomyśle dowiedział, powiedział: no tak, kamikaze. W wydawnictwie, w którym wcześniej pracowałam, przeszłam wszystkie szczeble – od sekretarza redakcji do prezesa. Już nie miałam gdzie iść wyżej, bo wyżej był tylko właściciel. Więc zostałam właścicielem. Zresztą chyba o tym samym myśli każdy redaktor. Jesteśmy z wykształcenia redaktorami…

KŚ: Tylko założenie własnego wydawnictwa kilkanaście lat temu nie było tak łatwe jak dzisiaj. W dzisiejszych czasach nawet autor może być własnym wydawcą, co też się często dzieje. Założenie wydawnictwa „prawdziwego”, komercyjnego, w gruncie rzeczy nie jest już takie trudne.

CzR: Tym bardziej to było wyzwanie.

JŚ: Było. Wiedzieliśmy, że czy to będzie literatura rozrywkowa, czy literatura naukowa – bo już po dwóch latach od założenia Oficynki powołaliśmy do życia Wydawnictwo Naukowe Katedra – to będziemy utrzymywać model wydawnictwa komercyjnego, czyli wydawnictwa, które będzie promować książki, sprzedawać je, a nie magazynować. Tego, że literatura naukowa jest też literaturą sprzedażną, nauczyliśmy się już wcześniej.

KŚ: Pierwsza książka Oficynki to Etnolog w mieście grzechu, czyli praca habilitacyjna o kryminałach.

JŚ: To były czasy, kiedy profesorowie robili kryminalne coming outy. Zapoczątkował to Mariusz Czubaj, który się habilitował z tego tematu.

CzR: A polski kryminał zaczął się wówczas rozwijać. Bo to czasy Marka Krajewskiego czy właśnie Czubaja. Trafiliście w dobry moment do startu z tego rodzaju literaturą. Wyczuliście to czy był to zupełny przypadek?

JŚ: Chyba rodzaj ewolucji. Myśmy w 2007 roku założyli Zbrodnię w Bibliotece i wiedzieliśmy, że kryminałami będziemy się zajmować bardziej zawodowo. Wówczas też powstał Portal Kryminalny. Przecieraliśmy szlaki, jeżeli chodzi o promocję kryminałów. I wtedy była to praca czysto pasjonacka, na tym się nie zarabiało. W tej chwili jest takich serwisów całe mnóstwo. I dobrze, byleby tylko utrzymany został dobry poziom.

CzR: Zaczynaliście z Oficynką od kryminałów i one was pociągnęły, ale z czasem zaczęliście wydawać całe mnóstwo książek innego rodzaju. Czy na tej mnogości tematyki nie traci wizerunek Oficynki? Kryminały, thrillery, ale też powieść obyczajowa, nauki humanistyczne, rozwój osobisty, poezja…

JŚ: Poezję zaczęliśmy wydawać dla honoru domu. Pokutuje opinia, że poezji nie opłaca się wydawać. No, pewnie nie, ze sprzedażowego punktu widzenia. Opłaca się jednak ją wydawać, bo jest to – właśnie – poezja. Nie można zapomnieć, że literatura potrzebuje też wrażliwości.

CzR: Tego, żeby świat był piękniejszy.

JŚ: Tak. Żeby świat był piękniejszy. Chodzi ci o to, że wizerunek Oficynki jest nieco niespójny. Pomyśleliśmy, żeby rozwijać się w różnych kierunkach, wprowadziliśmy psychologię, poradniki, powieści obyczajowe właśnie.

KŚ: Ale nie da się raczej wydawać jednego typu literatury. Chyba że chałupniczo – trzy książki rocznie. Jeżeli chcesz z tego żyć, nie możesz się ograniczać do jednego gatunku; nie ma takiego wydawnictwa, które osiągając pewien pułap, publikowałoby jeden typ literatury.

JŚ: Przez te wszystkie lata wspólnie – w Oficynce i Katedrze – wydaliśmy około 500 tytułów. Nie da się uniknąć różnorodności gatunkowej. Mamy chociażby literaturę piękną, ambitną, która jest trudno sprzedawalna, ale chcemy, żeby była w naszej ofercie. Należy wspomnieć, że do tego rodzaju literatury, ale też do fantasy, należy nasz bestseller, czyli Stara Słaboniowa i Spiekładuchy Joanny Łańcuckiej. To książka fenomen, która początkowo, mimo naszych starań, sprzedawała się jednak nie najlepiej.

CzR: A co się stało, że zaskoczyło?

KŚ: Dobra powieść zawsze w końcu znajdzie czytelników. Swoje zrobił marketing szeptany. Dziś każdy kolejny nakład, każde wznowienie rozchodzi się natychmiast.

JŚ: Bo to jest, przede wszystkim, przepięknie napisana powieść. Jak tylko zobaczyłam tytuł, wiedziałam, że musimy ją wydać. I to był strzał w dziesiątkę. Takich książek jednak zdarza się niewiele.

CzR: No właśnie: wydając książkę, która was zachwyciła, ale sprzedaje się marnie, macie poczucie klęski, niedosytu, zawodu? Często są takie sytuacje?

KŚ: Zdarza się. Jako wydawców oczywiście nie martwi nas, że tytuły, których nie uważamy za arcydzieła, sprzedają się satysfakcjonująco, ale przykro, że te, które nas zachwyciły, potrafią rozchodzić się gorzej.

JŚ: Nie znajdziesz raczej wydawcy, który zaserwuje ci przepis na bestseller. Nawet wydanie dużych pieniędzy i masa zabiegów promocyjnych mogą się okazać nieskuteczne. Na niektórych książkach ciąży fatum – po prostu nie chcą się sprzedawać, mimo że są dobre.

KŚ: Podobnie jest z autorami.

CzR: À propos autorów – jak ich wynajdujecie? Rozumiem, że dostajecie mnóstwo rękopisów, ale gros autorów to już nie są debiutanci ani przypadkowi twórcy.

KŚ: Dzięki temu, że zaczynaliśmy naszą kryminalną przygodę w Zbrodni w Bibliotece, od początku znaliśmy sporo autorów, dobrze się w tym środowisku orientowaliśmy. Wyszukiwaliśmy też debiutantów, którzy dysponują niezłymi piórami.

JŚ: Propozycji przychodzi ogrom. Powiedzenie, że jest więcej piszących niż czytających, może być prawdą. Trochę przerażające jest to, iż wielu autorów nie ma świadomości, że nie umie pisać. Ale wśród nadsyłanych tekstów są też takie, że od razu wiesz, że trafiła ci się perełka. Więc przeglądamy te propozycje, ale także sami zamawiamy książki, rozmawiając z autorami; planując jakąś serię, zapraszamy do niej konkretnych pisarzy. Uważnie śledzimy też rynek zachodni. Na początku wydawaliśmy tłumaczenia, potem przestaliśmy, bo okazało się, że polscy autorzy są u nas bardziej cenieni. Kiedyś wydanie tłumaczenia wiązało się z sukcesem, a wydanie rodzimego autora było ryzykiem. W tej chwili jest różnie. Ale nawyk przeglądania zachodniej literatury nam pozostał. Szukamy podobnych tematów, żeby ściągnąć do nas autorów.

CzR: A jak jest – to pytanie do ciebie, Kaziku – z wydawaniem książek naukowych w Katedrze? Bo tego rodzaju publikacje z samej definicji są niszowe, trafiają do ograniczonej liczby odbiorców. Czy bez Oficynki Katedra miałaby rację bytu?

KŚ: Był taki moment, że wręcz myśleliśmy, żeby Oficynkę mocno ograniczyć, a poświęcić się tylko Katedrze. Bo raz – chyba już wówczas mieliśmy fazę lekkiego zmęczenia lżejszą literaturą, a dwa – Katedra zupełnie nieźle dawała sobie radę. No ale przyszedł minister Gowin, który stworzył listę wydawnictw punktowanych, a my – z pewnych względów – nawet się nie staraliśmy, żeby nas na tej liście umieszczono. Być może gdybyśmy wysłali jakieś pismo… Różne uczelnie i instytucje, z którymi współpracowaliśmy, wręcz prosiły nas, żebyśmy to zrobili, a one nas poprą – ale ja po prostu nie chcę się tam znaleźć. Zresztą uważam, że taka lista jest bez sensu. Cała ta sprawa pozwoliła nam przemyśleć na nowo, co i w jaki sposób chcemy wydawać. Zaczęliśmy działać w Katedrze podobnie jak w „lżejszej” Oficynce – sami się rozglądamy i nawiązujemy kontakty z autorami, których chcielibyśmy wydawać. Wcześniej wyboru dokonywaliśmy głównie z tego, co nam zaproponowano. A w tej chwili bardziej aktywnie wyszukujemy tematy i ludzi, którzy chcieliby coś ciekawego napisać, i to nie dla uczelnianych punktów. Katedra w gruncie rzeczy powstała dzięki Oficynce, bo okazało się, że dzięki spotkaniom kryminalnym, o których wspomnieliśmy, poznaliśmy profesorów Mariusza Czubaja i Wojciecha Bursztę, kilku jeszcze innych akademików, którzy jednocześnie zaangażowani byli w ruch fanowski miłośników kryminałów. To byli pierwsi ludzie, którzy w wywiadach głośno mówili o tym, że poza czytaniem Heideggera i Foucaulta znajdują również czas na Larssona i Krajewskiego. I w pewnym momencie to oni powiedzieli: a czemu wydajecie tylko kryminały? A może byście zaczęli wydawać też literaturę naukową? Bo mamy tylu młodych, fajnych autorów, którzy nie mają gdzie publikować. No to zaczęliśmy wydawać najpierw co ciekawsze doktoraty z nauk społecznych i humanistyki, a potem osiągnęliśmy pułap, w którym przestaliśmy zwracać uwagę na polecenia od uczelni. I zaczęliśmy wydawać książki autorów, dla których nie są ważne punkty, oni po prostu wiedzą, że publikacja w Katedrze jest dobrym ruchem, bo lepiej to zrobić u nas niż w punktowanym wydawnictwie, o którym nikt nie słyszał, a książek nikt nie przeczyta, bo zalegają w paczkach w magazynie. Wśród chętnych są i młodzi autorzy, którzy napisali dobre doktoraty, ale też starsi, uznani, profesorowie z dużym dorobkiem, którym też specjalnie na punktach nie zależy i którzy wiedzą, że dzięki Katedrze ich książki są dostępne i czytane. Bo, jak na wydawnictwo naukowe, sprzedaż książek w Katedrze jest zupełnie przyzwoita.

JŚ: Na pewno w Katedrze wydajemy książki, które nas osobiście fascynują. A więc dużo antropologii kulturowej, filmoznawstwa, literaturoznawstwa, sporo animal studies.

CzR: Jesteście osadzeni w Gdańsku i ten Gdańsk jest w wydawanych przez was książkach obecny – czy to przez miejsce ich akcji, czy też przez gdańskich autorów.

KŚ: Pierwszą oficynkową książką był wspomniany wcześniej Etnolog w mieście grzechu Czubaja, ale prawie jednocześnie wydaliśmy Szepty Marka Adamkowicza, opowiadania o Gdańsku, których akcja rozgrywa się na przestrzeni ostatnich stu lat.

JŚ: Gdańsk od początku był u nas obecny. Nie urodziłam się w Gdańsku, ale jestem stąd, pokochałam to miasto, a Kazik się tutaj urodził i jego rodzina stąd pochodzi. Dla nas oczywistością było wydawanie gdańskich pozycji i uczestniczenie w tutejszym życiu kulturalnym, które zresztą bardzo na przestrzeni lat się zmieniało. Istnieje tutaj mnóstwo instytucji kulturalnych, z którymi od dawna współpracujemy. W naszych książkach pojawiają się gdańskie tematy, ale są wśród nich także całe cykle gdańskie, jak na przykład seria Agnieszki Pruskiej o komisarzu Barnabie Uszkierze. Gdańsk zawsze będzie w orbicie naszych zainteresowań. Może nawet w większym stopniu niż do tej pory.

KŚ: Oprócz Gdańska ważnym dla nas miejscem jest Frombork. Ponieważ pomysł na oba wydawnictwa, najpierw na Oficynkę, a po dwóch latach na Katedrę, zrodził się właśnie tam, kiedy siedzieliśmy pod tamtejszą, jedną z najcudowniejszych europejskich katedr. Efektem tego – analogicznie jak w wypadku Gdańska – było „zmuszenie” części naszych autorów do przyjazdu do Fromborka i do napisania kryminałów dziejących się właśnie w tym miasteczku. Udało się, mamy kilka fajnych fromborskich tytułów.

JŚ: Bardzo nas zresztą chyba tam za to polubiono.

CzR: Mówiliście o jasnej stronie posiadania własnego wydawnictwa – wydawaniu książek, poznawaniu autorów, cieszeniu się tym. A jakie są ciemne strony?

JŚ: Ciemne strony związane są raczej z samym prowadzeniem firmy. Rzeczywistość nam tego nie ułatwia. Bycie wydawcą, człowiekiem pracującym w kulturze w Polsce, wymaga bycia pasjonatem, swego rodzaju szaleńcem i frustracja przychodzi bardzo często. Nas jest na szczęście dwoje, nawzajem się wspieramy, kiedy jedno zmęczy się jakimś tematem, to drugie przejmuje stery. W pojedynkę nie dalibyśmy rady. Więc ciemne strony nie są związane z książkami, lecz z samą naturą prowadzenia własnej działalności.

CzR: A nie jesteście znudzeni tym, co robicie?

JŚ: Obawiam się, że nam to nie grozi. Możemy – tak jak powiedziałam – robić płodozmian, ale przecież od początku wiedzieliśmy, że tak będzie. Z książkami byliśmy związani od zawsze, i tak już pozostanie. Obecnie trochę bardziej pracujemy nad elektronicznymi wersjami naszych tytułów, nad e-bookami i audiobookami, które – zwłaszcza od czasów pandemii – coraz bardziej się w Polsce upowszechniają. I to też rodzi sporo wyzwań.

KŚ: Bo w miejscu, w którym rozmawiamy, jest Oficynka, jest Katedra, ale jest też trzecie wydawnictwo. Naszego partnera, szwedzkiej firmy Lind, która jest częścią Storytel. Jola jest ich przedstawicielem na Polskę, jeżeli chodzi o audiobooki.

JŚ: Zaczęło się od współpracy w zakresie naszych audiobooków. Szwedzi zmianę z książki papierowej na elektroniczną przeszli dobrych parę lat temu. I wiedzą, że u nas też się to stanie. A kiedy przyjechali do nas i okazało się, że tych wspólnych doświadczeń dzielimy więcej, od razu rozszerzyliśmy współpracę. I mam wrażenie, że im również zaszczepiliśmy miłość do Gdańska.

CzR: Kiedyś próbowałem czytać książkę w formie cyfrowej. Ale brakowało mi przewracania stron i zapachu papieru. Wy nie macie takich oporów? Nie jesteście papierowymi fetyszystami?

KŚ: Trochę jesteśmy. Po długiej przerwie, kiedy nie mieliśmy gdzie pomieścić kolejnych tytułów, znowu zaczęliśmy powiększać nasze zbiory. Z tym że nie kupujemy nowych książek, tylko korzystamy z okazji na Allegro, gdzie za sto złotych można kupić dwadzieścia fantastycznych starszych pozycji, a nowości czytamy w wersji elektronicznej.

JŚ: Teraz kupujemy książki, które fizycznie chcemy mieć. Kiedyś, za czasów studenckich, na każdy tytuł człowiek się rzucał. Ciągle pamiętam ów głód książki, którą wreszcie się dostało, coś nowego, coś fantastycznego. W tej chwili książek jest bardzo dużo, nowości najpierw czytamy w wersji elektronicznej, a gdy nam się spodobają, kupujemy je.

CzR: Mam takie przemyślenie – nie nazbyt oryginalne, odnoszące się do muzyki i w ogóle różnicy między starymi a nowymi czasami – że kiedyś zdobycie płyty było po prostu świętem. Człowiek celebrował jej słuchanie, oglądanie okładki. Obecnie setki tysięcy płyt znajduje się na wyciągnięcie ręki, w telefonie. Z jednej strony to dobrze, bo można poznać artystów niszowych, których nagrań by się nie znalazło w inny sposób. Z drugiej jednak nie ma w tym słuchaniu święta. Podobnie jest z książkami. Mamy ich od groma, a przecież pamiętamy najbardziej te, które czytaliśmy w młodości, których pragnęliśmy, które udało nam się jakoś zdobyć.

JŚ: To prawda. Chyba o to nam właśnie chodzi w tej zmianie, którą chcemy przeprowadzić. Znakomicie to ująłeś: chcemy odzyskać święto książki. Poczucie, że ma się kontakt z czymś wyjątkowym, bez względu na to, w jakiej to będzie fizycznej formie. Bo książka jest czymś wyjątkowym, mimo całego zalewu produkcji kryminalnej czy innej, to jednak jest w książkach magia. Więc tak – chcielibyśmy przywrócić święto obcowania z książką.

CzR: Wydawców, z którymi rozmawiam, na zakończenie pytam o ich ulubione przez nich wydane książki.

JŚ: Wszystkie kochamy. (śmiech) Może raczej powiedziałabym, które dziś szczególnie polecam. Błahy incydent Justyny Edmondson. Bo to przepiękna, bolesna, bardzo delikatna i bardzo poetycka książka. Stara Słaboniowa… oczywiście – literatura najwyższych lotów. Z Katedry zaś cykl czterech książek na temat rozwoju kulturoznawstwa w Polsce. To było fascynujące przeżycie czytać, w jaki sposób powstawał ten kierunek, wyłaniając się niejako z polonistyki, jak to się rozwijało…

KŚ: A cykl ten ukazał się tuż przed tym, gdy minister Gowin chciał zlikwidować kulturoznawstwo jako uniwersytecką dziedzinę nauki… Ja bym z kolei wspomniał o Kulturze rozpadu nieżyjącego już, niestety, Marcina Rychlewskiego. To bardzo smutna książka o współczesnej kulturze, o śmierci, o odchodzeniu. Drugą pozycją byłby zbiór esejów Prognozowanie teraźniejszości pod redakcją Przemysława Czaplińskiego i Joanny B. Bednarek, napisanych pięć lat temu i mówiących o tym, co może zrobić z tym krajem obecna władza. Przerażające jest to, że prognozy te sprawdziły się co do joty.

CzR: To smutna konkluzja na zakończenie rozmowy. No, ale co zrobić…

Czesław Romanowski

Czesław Romanowski

Pochodzi z Sejn, w Gdańsku mieszka od ćwierć wieku. Jest dziennikarzem (pisał między innymi do „Dziennika Bałtyckiego”, „Życia na fali”, miesięcznika „Nasze Morze”), autorem haseł do Gedanopedii, współpracuje z klubem Żak, pisząc relacje z tamtejszych koncertów. Bywa poetą. Obecnie pracuje w latarni morskiej w Gdańsku-Nowym Porcie.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Nasz książkowy mikrokosmos Nasz książkowy mikrokosmos Nasz książkowy mikrokosmos
Czesław Romanowski

Nasz książkowy mikrokosmos

Zawód: bibliotekarz Zawód: bibliotekarz Zawód: bibliotekarz
Czesław Romanowski

Zawód: bibliotekarz