Miejsce pomiędzy szańcami, parzenie
kawy, parę metrów w głąb zmęczenia.
Tankuję mięso, które zaraz przystrzygę i osuszę.
Wyrzucam wczorajsze śmieci, wory pod oczami.
Transmutuję z „nie ma opcji” w „jakoś to będzie”
i wychodzę prosto do samochodu, by wyjechać z garażu.
Wykwity na policzkach przechodniów sygnalizują ból lub chłód,
wypukła tarczyca jednego z nich zwiastuje nagły przyrost wagi.
Nie mogę tego wiedzieć, ale może ten guz to złośliwy nowotwór?
Wstydliwa egzema z płyciutkich jarów ludzkiej próżności?
Nadprodukcja prowadzi do wyjadania toksyn w zastraszającym
tempie. W człowieku zmieści się wszystko, w każdej ilości.