Artysta umiera, kiedy umiera w nim dziecko

Stefan Chwin w rozmowie z Michałem Nogasiem, podczas spotkania autorskiego w Domu Literatury w Gdańsku, fot. Kornelia Głowacka-Wolf
Stefan Chwin w rozmowie z Michałem Nogasiem, podczas spotkania autorskiego w Domu Literatury w Gdańsku, fot. Kornelia Głowacka-Wolf

Rozmowa ze Stefanem Chwinem o jego najnowszej powieści Piratki. Przygody trzech kobiet na wyspach Archipelagu San Juan de la Cruz (Wydawnictwo „Tytuł”, Gdańsk 2026).

Piotr Millati: W pewnym sensie Piratki są pana najodważniejszą książką. Odsłonił w niej pan przed czytelnikami swoje miękkie, dziecięce podbrzusze. Z reguły dobrze je pan skrywa za gardą intelektualnej powagi i solidnej erudycji.

Stefan Chwin: Pisząc moją ostatnią powieść, pozwoliłem mówić wewnętrznemu dziecku, które mam w sobie. To dziecko ma rozmaite naiwne marzenia, urazy, bolesne miejsca, łapczywości, które dorosłego człowieka raczej kompromitują. Kiedy się pisze powieść przygodową, wszystkie te wstydliwe treści wychodzą na jaw. Ale tak naprawdę nie ma się czego wstydzić. Pamiętam, co powiedział Czesław Miłosz, gdy go zapytałem, kiedy w człowieku umiera artysta. „Wtedy, kiedy umiera w nim dziecko” – tak brzmiała odpowiedź. Jest w tym wiele prawdy.

PM: Czy zdarza się Panu czytać obecnie jakieś powieści sensacyjne albo przygodowe?

SCh: Sporo ich czytałem w dzieciństwie. Ale znacznie bardziej inspirowało mnie przy pisaniu Piratek bosko naiwne hollywoodzkie kino przygodowo-awanturnicze z lat pięćdziesiątych. Zachwyciło mnie ono, kiedy byłem chłopcem. Szczególnie Karmazynowy pirat w reżyserii Roberta Siodmaka ze znakomitym Burtem Lancasterem w roli głównej. Akcja toczyła się na fantastycznych Karaibach, które nigdy w takiej postaci nie istniały, bo film został nakręcony we Włoszech. Nigdy nie zapomnę wspaniałej sceny, w której żeglarze wychylają się przez burtę żaglowca i widzą pod powierzchnią wody zatopione miasto.

PM: Co sprawiło, że właśnie teraz wrócił pan do samych początku swego pisarstwa? Piratki to przecież kontynuacja debiutanckich Ludzi-skorpionów oraz Człowieka-litery, również napisanych pod pseudonimem Max Lars.

SCh: Moja książka tylko z pozoru jest prostą powieścią przygodową. Ma ona w sobie dalekie echo moich doświadczeń z czasu epidemii COVID-u. Ściślej: echo pewnego zdarzenia z tamtego czasu. Znajoma lekarka pierwszego kontaktu podczas epidemii przez kilka miesięcy przyjmowała zarażonych wirusem pacjentów. Wtedy jeszcze nie było żadnych szczepionek. COVID leczono Fervexem. Nasi znajomi – profesor Limon i jeszcze kilku innych – umarli w parę dni. Wystarczyło, że wirus ich tknął. Tymczasem ona w swoim gabinecie przyjmowała po sto zainfekowanych osób dziennie i nic się jej nie stało. Mówiąc patetycznie: chodzi o tajemnicę biologicznej odporności. Dlaczego jedni ją mają, a inni nie.

Motyw ten pojawia się w mojej książce i zahacza o dość poważny temat, który zawsze przyciągał moją uwagę: czy możliwe jest radykalne wzmacnianie naszej odporności immunologicznej. I czy można przekazać taką odporność na przykład poprzez przetaczanie krwi? Okazuje się, że tak. Ale nie każdej krwi, tylko takiej, która zawiera szczególnego rodzaju osocze. To właśnie ono daje niesamowite możliwości regeneracji organizmu. Niestety, przekazywana wraz z taką krwią odporność po jakimś czasie znika. Sposobem, by przekazać wzmocnioną odporność na całe życie, jest przeszczep szpiku. Szpik wytwarza przeciwciała, a organizm przejmuje ten mechanizm i sam zaczyna je produkować.

W mojej powieści pojawia się monstrualny okręt, który pływa po całym świecie i rozmaici ludzie korzystają ze świadczonych w nim usług. Jest to gigantyczna militarno-medyczna maszyneria, dzięki której przeprowadza się zabiegi skutecznie przekazujące wzmocnioną immunologiczną odporność. Połączyłem to z motywami z Biblii, które zawsze mnie niepokoiły. Jest w Księdze Rodzaju taka scena Kościół nie wie, co z nią zrobić – w której jeszcze przed Adamem i Ewą wspaniałe, aniołopodobne istoty męskie zstępują z nieba na ziemię, by połączyć się z ziemskimi kobietami. Ich potomstwo miało podobno niespotykaną u zwykłych ludzi moc i piękno.

Z opowieści tej wynikałoby, że zdarzają między nami „synowie bogów” czy ich „córki”. Z pewną ironią możemy powiedzieć, że banalna lekarka z rejonowej przychodni okazała się jedną z takich boskich córek, bo coś, czego inni nie mieli, ją uchroniło od śmierci. Pomyślałem sobie, że taką sprawę można osadzić w realiach przygodowo-fantastycznej opowieści, tak jest ona w gruncie rzeczy niesamowita.

PM: W pana książce eksperymenty medyczne przypominają zbrodnie hitlerowskiej medycyny, które – oto mroczny paradoks – w wielu przypadkach umożliwiły istotny postęp w leczeniu groźnych chorób. Pytanie, które w Piratkach pojawia się między wierszami, jest bardzo niepokojące: Czy ludzkość jako wspólnota ma moralne prawo wykorzystać jednostkę, aby polepszyć sobie życie?

SCh: To jest dzisiaj pytanie czysto retoryczne, bo w praktyce już zostało bardzo wiele w tym zakresie zrobione. Na przykład koncerny farmaceutyczne organizują ekspedycje do Amazonii i pobierają cenny materiał biologiczny od plemion, które tam żyją. Zarabia się na tym gigantyczne pieniądze. Wiemy, że Donald Trump dostał przeciwko COVID-owi eksperymentalny koktajl Regeneron, podawany dożylnie, który zawierał znacznie więcej przeciwciał monoklonalnych niż preparaty dostępne dla nas. Przeciwciała pobrano od pacjentów w Singapurze, którzy przeżyli COVID, i zmodyfikowanych genetycznie myszy.

Można powiedzieć, że to nic nowego, tylko jeden z wielu samoobronnych mechanizmów zachowania gatunku. Jeśli patrzeć z szerszej perspektywy, to moralna odpowiedzialność się rozmywa. Wygląda na to, że to sam gatunek robi takie rzeczy, broniąc się na wszelkie sposoby przed śmiercią, nie my jako poszczególne jednostki. Podobny sens miały religijne obrzędy składania ofiar z ludzi, o których wspominam w mojej książce. Są religie, w których ludzie zjadają bosko-ludzkie ciało i piją krew ofiarowanego wybrańca, by zostać zbawionymi i dostać się do nieba. Taka metafizyczna transfuzja ma wzmacniać i ocalać. Zawsze gatunek poświęca jednostki, aby uratować wspólnotę w konfrontacji z twardą rzeczywistością, co zwykle odbywa się poprzez uświęcony rytuał i zgodnie z literą prawa.

Medyczne zabiegi, o których piszę, pewnie mają coś wspólnego z tym, czego w latach czterdziestych dopuszczali się nazistowscy naukowcy. Jednak głównym źródłem inspiracji była dla mnie biblijna opowieść o „aniołopodobnych” synach Boga, którzy zstępowali na ziemię, i ogólniejsza myśl o Nietscheańskim „nadczłowieku”, do którego powstania dążyli nie tylko naziści. Cała starożytna Grecja była pochłonięta tym marzeniem.

PM: Łączy się to z innym, bardzo ważnym w pana twórczości tematem, jakim jest piękno. Także to czysto fizyczne. W zasadzie wszystkie bohaterki Piratek są ostentacyjnie piękne. To superwomenki obdarzone urodą, dzięki której świat traktuje je zupełnie inaczej niż resztę śmiertelników.

SCh: Fizyczne piękno często stanowi skuteczną tarczę przed złem tego świata. Powstrzymuje jego bezwzględność i okrucieństwo. Budzi przychylność, która czyni życie pięknych istot dużo łatwiejszym. Zawsze fascynowała mnie moc i władza, jaką piękne istoty mają nad innymi ludźmi. Ludzkość przed nimi klęka. To jest prawdziwy Bóg, w którego wierzymy. Piękno bywa przerażające, bo potrafi nami skutecznie rządzić.

Fantastyczna historia, którą opowiadam w Piratkach, to opowieść o pięknych kobietach, których istnienie wpisane jest w humanistyczny projekt poprawy człowieka, także w sensie biologicznym. Nasza cywilizacja zajmuje się tym nieustannie. Również prywatnie wciąż ulepszamy siebie, choćby przez codzienne zabiegi kosmetyczne, mając przed oczami majak piękna, który nas szantażuje, zmuszając do wysiłku na rzecz ciągłej poprawy wyglądu. Idea „nadczłowieka” realizuje się codziennie na milionach okładek kolorowych czasopism, gdzie odbywa się światowy konkurs na najpiękniejszą ludzką twarz.

PM: Wracając jeszcze do potęgi piękna. Jest w Piratkach fragment, który wprowadza tę przygodowo-fantastyczną historię w krąg tzw. poważnej literatury.

SCh: Ma pan na myśli wizytę moich bohaterek w hacjendzie Manueli? Jej wspaniały dom jest modelową Arkadią. Manuela wytwarza wokół siebie enklawę pięknego życia. Świat sprzyja jej we wszystkim, co robi. Liczę, że przy czytaniu tego fragmentu w sercu czytelnika pojawi się ukłucie zazdrości, że można żyć w taki sposób. Z drugiej strony materialny dobrobyt, dzięki któremu to wszystko jest możliwe, Manuela zawdzięcza stanowisku męża, który jest obrzydliwą figurą. Ona jednak nie chce wiedzieć, czym on się na co dzień zajmuje, i dzięki temu może żyć w poczuciu ostatecznego spełnienia oraz w aurze niezmąconego niczym rodzinnego szczęścia. Tego rodzaju ignorancję wybacza się wyłącznie pięknym kobietom, co w oczywisty sposób świadczy o wyjątkowej władzy, jaką ma nad nami piękno. Hipokryzja Manueli jest oburzająca, ale to dzięki niej doświadcza ona czystej radości istnienia. Czyż nie o to właśnie wszystkim nam ostatecznie chodzi?

PM: Ponadto okolice domu Manueli zamieszkuje indiańskie plemię młodych ludzi o wspaniale zbudowanych ciałach, którzy na co dzień żyją wciąż odnawiającą się zmysłową miłością.

SCh: Wziąłem te obrazy z klasycystycznego malarstwa Lorraina i Poussina. Mam nadzieję, że uważny czytelnik to dostrzeże.

PM: Niewątpliwie. Tropy te są wystarczająco wyraźne. Intertekstualnych aluzji w pana książce jest dużo więcej. Jeśli zastanowić się nad ich sensem, Piratki bardzo szybko okażą się książką zupełnie innego rodzaju, niż sugeruje to jej przygodowa konwencja.

SCh: Bardzo zależało mi na zachowaniu równowagi między piętrami tej opowieści, która przypomina trójkondygnacyjny dom. Na parterze jest powieścią przygodową. Kiedy jednak wchodzimy wyżej, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, a na samej górze jest już teologia oraz Biblia. Szczerze mówiąc, martwię się, czy ta trójpoziomowość narracji zostanie uchwycona.

PM: Dzięki naszej rozmowie, szansa na to znacząco się zwiększy, choć trzeba przyznać, że przyrządził pan dość osobliwe danie, łącząc z sobą dwie skrajnie odmienne postaci literatury: powieść fantastyczno-przygodową i powieść filozoficzną. Przedtem coś podobnego zrobił Gombrowicz w Operetce, gdzie poważna problematyka filozoficzna została podana w leciutkim sosie wodewilu. Jaka była przyczyna skonstruowania tego rodzaju chimery?

SCh: Mimo wszystko nie zapominajmy, że Piratki przynależą do sztuki, a nie dywagacji naukowo-filozoficznej. Tak więc za tym chwytem stał zamysł estetyczny i coś osobistego. Wrócę do początku naszej rozmowy. Chciałem pogodzić to, co jest we mnie sprzeczne. Ta książka to trochę mój autoportret. Jestem tutaj chłopcem z tajemniczej krainy, który naiwnie marzy o barwnym życiu, a równocześnie człowiekiem dorosłym, który dostrzega w świecie bardzo niepokojące rzeczy. Te dwie postaci cały czas we mnie żyją.

Z tej przyczyny dopuszczam do głosu moje chłopięce fantazje. Na przykład fascynację bronią, która jest tu wszechobecna. Kiedy po studiach znalazłem się w wojsku, mogłem na własne oczy zobaczyć, jak w dorosłych mężczyznach pod wpływem kontaktu z bronią wchodzi na jaw głęboko ukryty bachor. To jest zazwyczaj złe i okrutne dziecko, ale jednocześnie dziecko naiwne i sentymentalne. Jedzie się na przykład eszelonem z ciężką artylerią i jednocześnie śpiewa jakieś dziecięce piosenki o ogórku, który ma zielony garniturek. Jest w tym osobliwa mieszanina okrucieństwa i głupiej, dziecięcej radości.

PM: A do tego chłopięce marzenie o trzech kobietach gotowych na wszystko, by pomóc swoim mężczyznom.

SCh: Tak, to jest oczywiście chłopięce marzenie, bo w życiu bywa z tym różnie. Paradoks mojej opowieści polega na tym, że one, ratując swoich mężczyzn, zwracają się przeciwko interesom gatunku. W imię obrony jednostek rujnują bezwzględny system chroniący ludzkość przed śmiercią.

PM: Jeszcze jeden ślad pańskich doświadczeń z dzieciństwa rozpoznaję w powieściowym obrazie monstrualnego, częściowo zatopionego krążownika. To oczywiście niemiecki pancernik „Gneisenau”, który jeszcze na początku lat pięćdziesiątych blokował wejście do gdyńskiego portu.

SCh: O, tak. To rzecz, która mnie absolutnie zaczarowała. Widziałem, jak zatopiony „Gneisenau” był szybko pochłaniany przez naturę, jak się starzał, czymś obrastał, pokrywał rdzą. Dopiero wtedy był wspaniały, nie wówczas, gdy pływał po morzach. Jest coś takiego jak mistyka wpół zatopionego okrętu, na którym wegetuje wspaniała roślinność. Zawsze mi się marzyło, żeby zrobić film z widokiem zatoki zatopionych pancerników.

PM: Bardzo lubię te sceny Piratek, które są czystą kreacją pana wyobraźni. Do nich należy właśnie ten najeżony działami okręt, spoczywający w płytkiej zatoce i pożerany przez tropikalną roślinność. Wyprawa trzech bohaterek na jego wrak należy do najlepszych literacko fragmentów książki. Inną z takich scen jest napaść na łódź podwodną gigantycznej mątwy. Zostało to naprawdę świetnie przedstawione.

SCh: Wziąłem to od Juliusza Verne’a. Ale poprzez odpowiednie obrazowanie starałem się zbudować skojarzenie tej ośmiornicy z pulsującym sercem, z którego wychodzą naczynia krwionośne. Jest to ludzkie serce, którego ból może każdego z nas zaatakować, jak ta drapieżna kałamarnica oplatająca ofiarę swoimi ramionami. Serce daje życie, ale może i zabić. To bestia, która w nas siedzi i czeka na odpowiednią chwilę.

PM: Motyw serca, wszechobecny w pana powieści, przechodzi liczne metamorfozy. Tak więc sercem jest przedstawione na jednym z rysunków słońce z wychodzącymi z niego promieniami w kształcie rozwidleń aorty, jest nim mordercza ośmiornica, o której mówiliśmy, często przywoływane są okrutne rytuały Azteków, wyrywających serca żywym jeszcze jeńcom, aby ofiarować je słońcu, czy wreszcie okręt będący więzieniem i laboratorium medycznym, gdzie wycina się serca więźniów, by następnie wszczepić je uprzywilejowanym wybrańcom.

SCh: Zgadza się. Sporo pracy włożyłem też w grafikę przedstawiającą serce dżungli – naga kobieta stoi naprzeciwko pulsującego, olbrzymiego serca, którego tętnice splatają się z tropikalną roślinnością.

PM: Przyglądanie się pana ilustracjom to oddzielna lektura. Zaskakuje ogrom szczegółów, które zaczynamy dostrzegać dopiero wówczas, gdy się uważnie w nie wpatrzymy. Czy te rysunki powstawały już po napisaniu książki, czy w trakcie?

SCh: Niektóre powstawały, zanim pojawiła się pierwsza myśl o tej powieści. Czasem jakieś skojarzenie utrwalam na rysunku. Po jakimś czasie, zupełnie dla mnie nieoczekiwanie, okazuje się, że to był zalążek napisanej później historii. W ten sposób z jednego obrazu wyrasta cała opowieść. Wspomniana przed chwilą grafika z sercem dżungli była takim właśnie praobrazem Piratek.

A niektóre moje ilustracje zostały pomyślane jako uzupełniający komentarz do spraw, o których tu mówimy. Na jednej z nich łódź podwodna płynie tunelem skalnym, którego wylot ma kontur w kształcie ludzkiej sylwetki. To ma przypominać, że cała fabuła dotyczy tego, co dziele się z ludzkim ciałem. Inna ilustracja nawiązuje wprost do sceny stworzenia Adama z Kaplicy Sykstyńskiej. U mnie stykające się palce Boga i człowieka są z rozsypującego się kamienia. Uobecnia to symbolicznie drugi ważny temat mojej książki – temat nieudanego stworzenia.

PM: Wracając jeszcze do głównych bohaterek powieści: jakie znaczenie ma fakt, że Inez i Bettina studiowały na Sorbonie Kanta i Hegla?

SCh: Jeśli przyjąć, że fundamentalnym obowiązkiem naszej cywilizacji jest ciągłe naprawianie człowieka, często nawet za straszną cenę, to musi wejść to w konflikt z imperatywem kategorycznym Kanta, który brzmi: postępuj tak, aby zasada twojego postępowania mogła stać się powszechnym prawem. Moje bohaterki traktują tę regułę poważnie. Z tego powodu powstrzymują się przed czynami, które by ją drastycznie złamały, choć może je to kosztować utratę życia.

PM: Zwróciłem na to uwagę podczas lektury. Bardzo dużo się tu strzela, ale nikt od tych strzałów nie ginie. Te dziewczyny nieustannie walczą ze ścigającymi je napastnikami, ale nie zabijają i nie krzywdzą nikogo. Zadbał pan nawet o to, aby porzucone przez nie w dżungli konie, które zostały przywiązane do drzew, zostały szybko odnalezione przez żołnierzy, a więc by w ten sposób uniknęły strasznej śmierci.

SCh: One nikogo nie krzywdzą i same są „niezatapialne”. Pod tym względem odbiegają od typowych bohaterów przygodowych powieści, którzy strzelają do ludzi skutecznie bez mrugnięcia okiem. Zależało mi na ocaleniu tych koni, a więc ocaleniu prawości moich bohaterek. Jest w ich niewinności „boski idiotyzm” powieści przygodowej, której fabuła chce być po stronie imperatywu kategorycznego.

PM: A dlaczego głównymi bohaterkami stały się w pańskiej książce kobiety? W tym także widzę odejście od wzorca, gdzie w rolach herosów z reguły byli obsadzani tak zwani prawdziwi mężczyźni.

SCh: Jest w tym przejaw mojej przekory wobec feminizmu. Trzy piękne kobiety gotowe są na wszystko, by uratować swych mężczyzn uwięzionych w kolonii karnej przez bezwzględną władzę. Tego rodzaju oddania i poświęcenia nie widzę we współczesnym feminizmie. Uważam, że najpiękniejsze w relacjach między mężczyznami a kobietami jest wzajemne wspieranie się w trudach, jakie niesie z sobą życie. Tymczasem feminizm na pierwszy plan wysuwa osobistą samorealizację, która czasem opiera się na cudzej krzywdzie i obojętności wobec partnera.

W mojej powieści te trzy bohaterki tak naprawdę są jedną postacią, będącą dla mnie fantazmatem idealnej kobiecości. Jedna z nich ma duszę filozofa, druga jest bardziej emocjonalna niż intelektualna, a trzecia – Indianka Sanda – uosabia pragmatyczną kobiecą siłę. Ma umiejętności, które pozwalają jej świetnie funkcjonować w codziennej rzeczywistości. To na pewno nie jest fantazmat feministyczny. Ja postrzegam kobiety jako czynnik łagodzący zło i okrucieństwo świata. Właśnie to naiwne wyobrażenie wciąż pozostaje chłopięcą częścią mojego dorosłego serca.

Piotr Millati

Piotr Millati

Historyk literatury zatrudniony w Instytucie Filologii Polskiej na Uniwersytecie Gdańskim. Zajmuje się literaturą XX i XXI wieku.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Herstoria i pochwała wolnej woli Herstoria i pochwała wolnej woli Herstoria i pochwała wolnej woli
Izabela Morska

Herstoria i pochwała wolnej woli

Marc<i>ja</i>nna Marc<i>ja</i>nna Marc<i>ja</i>nna
Helena Hejman

Marcjanna