Mam cię na palcach
jesteś zupełnie biała – prawie cię nie ma,
przypominasz śluz lub wody płodowe
– byłyśmy tam razem. Wślizgnęłam się pierwsza
powietrze złamało mi głos, którym miałam
przepowiedzieć sobie przyszłość.
Pełzałam z odkrytym brzuchem – zdana na
twoją łaskę. Wtedy miałam cię po palce – więcej.
Skóra pokryła się gęsią, zgęstniałą po kości gęstwiną,
brzuch wytarł się w miejscu na pestkę.
Patrzę przez palce – gdzie mi się rozwarstwiasz,
na śluz, ślinę i menstruację.
Tym właśnie jesteś.
Skulona, mokra i bezwonna. Lekarz powiedział,
żeby mi cię odcięli od duszy – tępy nóż
przedarł się przez ciało.
Już jestem sama –
mamo.