Moja droga, nieżyjąca już babcia, niezwykle oszczędna w słowach, raz tak skomentowała jeden z wierszy Krystyny Miłobędzkiej: „Ten poprzedni to, Gosiu, nie… ale ten – o tak, ten wiersz naprawdę czuję, widzę”. Zamknęła wtedy oczy i lekko się zasępiła. Jakby pojęła w lot jakiś sens lub odnalazła w swoim wnętrzu ważną odpowiedź. Babcia zdecydowanie miała w sobie coś miłobędzkiego: była jednocześnie surowa i delikatna, bardzo bliska, a zarazem zdystansowana. To najbardziej literacka z osób niepiszących poezji, jakie kiedykolwiek poznałam.
Poezja Miłobędzkiej towarzyszyła mi przez wiele lat pracy naukowej. Do dziś pozostaje dla mnie idealnym przykładem tego, że codziennie wypowiadane słowa – poetyckie i niepoetyckie – jedynie próbują opisać rzeczywistość i abstrakcyjne pojęcia, które istnieją w naszych ogromnie pojemnych umysłach. „Nie umiem życia zapisać” – powiedziała szczerze sama autorka. A psychologia to potwierdza: słowa to nie pojęcia, język to nie świat.
Krystyna Miłobędzka operuje poetyką, którą – jako psycholożka twórczości – nazwałabym dywergencyjną, a więc wielokierunkową, elastyczną, oryginalną. Opisuje sam proces pracy nad językiem: w języku, obok języka, wokół niego, a czasem całkiem poza nim. Bo w tak rozumianej twórczości nie chodzi o piękne, idealne dzieło, tylko o coś o wiele bardziej fundamentalnego: rozumienie siebie, empatię, emocje, tożsamość – i czasem akceptację jej tymczasowego albo nawet długoterminowego braku. I podjęcie pracy nad sobą w momencie, w którym już nie da się nie. Jeśli pozwolimy sobie na bycie „w trakcie”, „w niedomknięciu”, „w procesie”, stworzymy we własnej głowie szczególnie cieplarniane warunki dla wzrostu albo odpoczywania: możesz wybrać to, czego właśnie potrzebujesz. Albo to wybierze cię samo, jak mnie wybrały „te żal się Boże podróże; żeby mnie było więcej; żeby mi się dużo widziało”.
A teraz powiem za siebie i moją babcię (a może raczej za tę jej uwewnętrznioną przeze mnie wersję): tęsknimy.