słuchaj, ismaelu | vhs

Ilustracja: Rupert
Ilustracja: Rupert

słuchaj, ismaelu

w naturę zostało wpisane prawdopodobieństwo. natura tylko częściowo tkwi w próżni.

te nieregularne dachy budynków i kolorowe billboardy są nawiązaniem do snu, będącego jedynie ułamkiem chwili życia, które tylko momentami przeistacza się w statyczną rzeczywistość. mężczyzna stoi na placu. spogląda w dół, a w jego wzroku jest krótkowzroczność. katolicy chodzą do kościoła, są tacy malutcy, jakby dopiero co zrozumieli to, z czego doskonale zdawał sobie sprawę ismael, chudzielec o pięknej sylwetce. ismael stoi na placu, cały czas próbując wyłapać pojedyncze dźwięki. dźwięki rozbrzmiewające niczym krzyk olbrzyma na tym misternie skonstruowanym w dole placu. poranek jest przezroczysty, ale dźwięki w ogóle nie docierają na wzgórze. rzeka jest ruchoma, chociaż z góry przecież wygląda na nieruchomą. ismael myśli: jest niedziela. z daleka zauważa najwyższą górę z suchymi stokami. nie jest zimno, ale mężczyźnie zdaje się, jakby to był mroźny styczeń. w styczniu żyje się paskudnie. mróz uderza do głowy. ismael zapala papierosa i otula się coraz mocniej, coraz głębiej. dopiero teraz odczuwa życie każdą cząstką swego chuderlawego ciała. ściąga okulary. myśli, że bez nich będzie mu się lepiej oddychało. stoi teraz z okularami w ręce. oddycha głęboko. światło słoneczne odbija się od szkieł jego okularów. bez nich jego oczy są zupełnie zamglone, jak gdyby niedostępne, można rzec: mętne i nijakie w swej szarości. taką też mają barwę. są szare jak oczy kota przybłędy. ale znajduje się w nich też młodość i swego rodzaju bezczelność. są nieznajome. ismael znowu wkłada okulary i jest teraz panem świata. z powagą sięga po kolejnego papierosa. zdejmuje plecak. kładzie go na ziemi. pali. zaciąga się. kłęby dymu unoszą się w górę niczym para z parowozu. może to już nie ismael. może to już kamień, któremu odebrano mowę. rzuca niedopałek na ziemię. gasi go. oficerskim butem zakopuje w śniegu. żeby nie było śladu. stoi chwilę bez ruchu. niczym laleczka. następnie sięga po plecak. wyciąga aparat fotograficzny. wytęża wzrok, aby lepiej przyjrzeć się nurtowi rzeki, pochyla głowę, aby usłyszeć jej szum. na płaskowyżu znajduje się jedno drzewo, kołyszą się jego gałęzie. on spogląda na to drzewo. naciska spust migawki. robi zdjęcie. w ten sposób zyskuje na czasie. teraz już wie. drogi serca często są mylone. jego zdaniem nie ma co ociągać się z czasem, gdyż czas i tak biegnie swoim torem. zupełnie jak pociąg. jak ten pociąg, z którego wybiegł, w ten sposób umykając czasowi. sam nie wie, co by było, gdyby tego nie zrobił. być może zrujnowałoby mu to całe, jeszcze wciąż młode życie. kai kairos. patrzy na rzekę. dopiero teraz rozumie. samotny w swej pewności siebie. zupełnie jak mężczyzna. pojął samego siebie. przejrzał samego siebie na wylot. przypomina mu się dziewczyna sprzed dwóch lat, a może sprzed roku, ta, o której nigdy nie zapomni, ta, której nigdy nie szepnie już w pół urwanego słowa. nagle słychać huk. drzewa zaczynają się kołysać na wietrze. jego dłonie zaczynają drżeć, ale nie z zimna. jest przeraźliwy mróz. rozwiązuje buty. następnie je ściąga, delikatnie, ale z pewnością, że to, co za chwilę się stanie, wcześniej czy później musiało nastąpić. aparat fotograficzny zostawia daleko za sobą. to wszystko, co teraz się dzieje, dzieje się w mgnieniu oka. nie ma czasu na rozmyślanie. chce zapalić papierosa, ale krztusi się. na jego twarzy pojawiają się czerwone plamy. sięga do kieszeni. wyjmuje medalik. całuje go i rzuca za siebie. i sięga po przedmiot, który znajdował się na dnie torby. to pistolet. przykłada sobie pistolet do skroni i strzela. i jest już poza. i już nie ma miejsc na zbędne ceregiele. pada na ziemię. to już nie człowiek. to trup. ptaki zaczynają kwilić. świat się kołysze. jeszcze tylko jedno mrugnięcie oka i krztuszenie się, najpierw krwią, później śliną. i już jest po wszystkim. podobno gdy umiera człowiek, przyroda na chwilę ustaje, a świat toczy się dalej. podobno gdy zabija się człowiek, ptaki śpiewają w nieznanym język.

vhs

Osłabiony po zabiegu organizm nie zawsze szybko się regeneruje, zazwyczaj trwa to dwa miesiące, częściej rok. A może ona udaje, że niczego nie pamięta? Tylko po co? Być może łatwiej jest nie pamiętać. Między nią a światem znajduje się szyba, a tam, gdzie jest szyba, nie ma miejsca na szczelinę, przez którą przedostanie się światło. Jesteśmy świadkami tego, jak Julia na nowo uczy się świata, poznaje jego strukturę, odczuwa zapachy i smak. Liże kulę ziemską sprawnym językiem. To elementarna nauka, na końcu czeka egzamin, a oblanie egzaminu skutkuje zwolnieniem z życia. Brak znajomości fundamentów logiczno-empirycznych, na jakich opiera się życie, często skutkuje reprymendą od życia. Julia między udami nosi zwierzę, to zwierzę domaga się, aby wyjść na zewnątrz.

Fantom dziecka. Możesz to nazwać, jak chcesz. Pamiętam taką historyjkę, wcale nie wyssaną z palca. Lis jest chory, mówi dziecko. Dziecko nie liczy jeszcze ani sekundy. Dopiero ma się pojawić. Ale mówi. Mówi tak: lis jest chory. Jakiś pan łudząco podobny do Pabla każe zakopać w ziemi „to ścierwo”, jak mówi o dziecku. Lis jest chory. Dziecko milknie i wchodzi w ziemię, jakby wchodziło w matkę.

A później następuje taki czas, kiedy się nic nie pamięta. Kiedy nie ma lisa, chociaż zostaje zadra na brzuchu. Mówi się zadra, chociaż boli jak blizna. Lis odchodzi. Matka umiera.

I kilka tygodni później w miejscowości rodzinnej Julii pojawia się Pablo. Ten sam urodziwy, krnąbrny Hiszpan. Jest jesień. Jesień, czyli słota. Pablo przylatuje z Barcelony, żeby spotkać się z Julią. Wcześniej się zapowiada. Jest na czas, chociaż co to znaczy „być na czas”? To wiedzą tylko drzewa, drzewa umierają tak, jak umiera człowiek, ale z większą odwagą, bo są pozbawione świadomości.

Pokój Julii przypomina nieco gabinet profesora. Dwa krzesła. Po prawej stronie gramofon, po lewej stos książek. Dwie filiżanki kawy oraz talerzyk w słoneczniki. Pablo pięknie się wysławia, tymczasem Julia mówi bez ładu i składu. Język jest narzędziem, za pomocą którego poznajemy świat, ale jest też murem obwarowanym wielowiekową tradycją. Szczególnie tu, szczególnie w naszym pięknym kraju, w Polsce.

Anna Wąsowicz

Anna Wąsowicz

Urodziła się 19 maja 1988 roku. Ukończyła komparatystykę oraz teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, obecnie studiuje prawo i krytykę współczesną. Lubi muzykę elektroniczną i jazz, w wolnych chwilach pisze i podróżuje. Pisze od dawna, ale dopiero niedawno zdecydowała się na publikowanie swoich utworów. Kocha Trójmiasto, szczególnie Sopot.

udostępnij:

Przeczytaj także:

Obcy Obcy Obcy
Maja Demska

Obcy

Wszystko, co dobre. Wszystko, co złe Wszystko, co dobre. Wszystko, co złe Wszystko, co dobre. Wszystko, co złe
Antoine D.

Wszystko, co dobre. Wszystko, co złe