Tego roku lato ociągało się z odejściem. Osiadło na piasku i kurczowo trzymało się go ostatnimi promieniami słońca. Chciało zostać na dłużej. Zupełnie jak ona. A potem nagle, z nocy na noc, niebo się zamknęło, jakby ktoś przekręcił klucz. Wzdęte brzuchy chmur zawisły nad horyzontem, a morze objęło je czule i z ulgą. Na to tylko czekało.
Grzywka wiedziała, że przyszła jesień i nie ma już odwrotu. Ale jeszcze się nie zwijała. Na szarzejącej promenadzie była ostatnim wspomnieniem blasku.
Zazwyczaj wywiewał ich stąd północny wiatr, jednak tym razem zbierali się leniwie, bo wiatr jakby się zagapił. Może się spóźniał albo w ogóle o nich zapomniał. Przecież przez większość roku nic tu się nie dzieje, mówili. To nic to właśnie było ich życie.
W pałacu zbudowanym z żółtej plandeki czuła się jak w basenie wypełnionym landrynkami, a nawet przyjemniej, bo codziennie rozpływała się w oryginalnym akompaniamencie fal. Jeszcze jeden dzień, mówiła. Może posiedzę do końca tygodnia. Jeszcze ten weekend. W bezwietrzne dni gładkie kosmyki tworzyły wokół niej szczelną zasłonę, tak że dla snujących się po promenadzie spacerowiczów musiała wyglądać jak pozbawione reszty ciała nogi zakończone nieco za dużymi butami.
Dziewczynki zazwyczaj wybierały różowy, choć w tym roku najwięcej zeszło jej fioletu. Raz przyszedł chłopiec, chciał zielony. Miał długie gęste loki. Mama powiedziała mu, że wygląda pięknie. Grzywka tęskniła za tymi włosami liźniętymi morską solą.
Obok niej co roku rozkładał się Krzysiek, syn rybaka. Dlatego Śledź na niego wołali, chociaż nigdy w rybach nie robił. Wolał, inaczej niż ojciec, łowić letników na badziew, twierdził, że więcej na tym zarobi. Zawsze wiedział, za czym akurat gonią dzieciaki, choć tym razem chyba się pomylił, bo pluszowe hot dogi miały być hitem lata, a zwisały teraz ze sznurka jak smutne kiście przejrzałych bananów.
Na nią mówili Grzywka. Z racji zajęcia albo dlatego, że zawsze miała idealnie przystrzyżone włosy. Zresztą tak naprawdę nie wiadomo, skąd się biorą przezwiska. Swoje lubiła. Na promenadzie wszystko się jakoś nazywa. Czuła, że w jej betonie zapuściła korzenie. Może to dzięki landrynkowym kosmykom, które zwisały kaskadami i wbrew powołaniu, jakim było wplatanie we włosy radości, ciążyły ku ziemi płaczącym pokrojem wierzby.
Mogłoby się wydawać, że oni tu, na promenadzie, karmią się tylko ciepłym słońcem. Od maja do końca września. A potem głodni, zastygają jak w muchy w bursztynach. Takich jak te, które sprzedawała Ruda. O, tu obok. Sama robiła tę biżuterię. Co lato dla oszczędności przenosiła się na działkę, do altany, a swoje mieszkanie wynajmowała turystom. Kiedy wracała tam po sezonie, czuła się, jakby po długiej wizycie znajomych mogła w końcu wyłożyć nogi na ławę. Ale z każdym rokiem to miejsce, przesiąkające innymi zapachami, stawało się trochę mniej jej. Przyglądała się zakurzonym przedmiotom, jakby chciała coś wybrać w sklepie z rzeczami z drugiej ręki. Dotykiem próbowała przekonać je, że znowu do kogoś należą. Ruda nie narzekała. Stała z tym swoim bursztynowym kramem, uśmiechem i niezrozumiałym dla innych szczęściem. Była jak zachód słońca nad Bałtykiem. Niby banalna i kiczowata, ale ludzie nie mogli oderwać od niej wzroku.
Tymczasem morze zapadało w sen. Ciemniało, jakby ktoś zaciągnął rolety. Piasek spowolnił ruchy, zmęczony zasypywaniem dziur po dzieciakach zakopujących się na plaży po szyję. A pewnego dnia wiatr wrócił z emigracji i zaczął bawić się w odkrywcę. Niczym włóczykij przemierzał kilometry i odsłaniał skarby pozostawione jak monety w fontannach z nadzieją na powrót. Grzywka współpracowała z wiatrem. Chodziła za nim krok w krok i powiększała niechcianą kolekcję powtarzalności. W plastikowym worku rosła bałtycka galeria okruchów niezapomnianych wakacji. Latem na plaży zbierała muszelki, jesienią kapsle po piwie.
Nadmorski scenograf zmieniał dekoracje i trudno było sobie wyobrazić, że jeszcze chwilę temu było tu jak w parawanowym labiryncie. Ukryte za nim morze przez całe lato słuchało cudzych żyć. Co ono robi z całą tą wiedzą, z tekstami letnich hitów z głośników, sykiem otwieranych puszek? Może gdyby wejść do wody i zanurzyć głowę po ostatnie włosy, dałoby się usłyszeć repertuar wszystkich minionych turnusów. Oddech. To, czego potrzebowało teraz morze, plaża i Grzywka. Stawiała kroki ostrożnie, żeby nie zaburzyć procesu wykluwania się do nowego rozdziału. Kamyki na piasku układały się równo jak guziki w jesiennym palcie. To dzisiaj, postanowiła. To będzie ostatni.
Kiedy wróciła na promenadę, Kaśka właśnie obsługiwała starszą parę, pewnie z sanatorium. Przyjeżdżali pooddychać, kiedy kurort tracił zapach. A kiedy sprzed jej budy z lodami topniały kolejki, Kaśka ogłaszała: morze znowu jest nasze. Grzywka nie rozumiała, dlaczego miałoby do kogoś należeć. Wolała je, kiedy było samo dla siebie, szalało falami w dzikim tańcu, zabierało plażę, granatowiało, oddawało ryby wyłącznie mewom. Albo kiedy maskowało się tak, że znikała z oczu kreska horyzontu. Przyciągało wtedy jakimś brakiem, w którym można się było zapaść jak w otchłań. Choć Grzywka wiedziała, że ta pustka jest tylko w jej głowie, w morzu przecież, inaczej niż u nich na promenadzie, zawsze się coś dzieje.
Gofry nad morzem najlepiej smakują jesienią, rzuciła bardziej do Kaśki niż do pary kuracjuszy. Chciała, żeby Kaśka została. Jeśli nie dla niej, to chociaż dla tego smutnego miśka z gipsu, który stoi tu przecież cały rok i lody ściekają mu po łapach kroplami deszczu. Ale Kaśka głową była już gdzie indziej. Nuciła melodie z wycieczkowca, na który zapakuje się za kilka dni i popłynie hen, daleko, gdzie serca plaż nie biją w rytm pór roku. No bo kto wybiera zimne morze, kiedy można jechać nad ciepłe. Ona, Grzywka. Czasem chciałaby, żeby takich jak ona było więcej. Takich, którzy ze wszystkich istniejących w świecie dźwięków wybierają szum. Gdziekolwiek by byli, echolokują morze. Kaśka wracała potem jak nie ona, z błękitnymi od wpatrywania się w jasne niebo oczami. Z czasem szarzały, aż gdzieś pod koniec zimy wracały do Kaśkowego koloru mewich skrzydeł. Mogłaby zostać jeszcze z jednego powodu. Nad morzem słone dobrze jest przełamać słodkim. Grzywka dostała od niej rurkę z bitą śmietaną, na do widzenia.
Na promenadzie oprócz nich był dzisiaj ktoś jeszcze. Mówili na niego Kasztan, bo kiedy się pojawiał, lato kończyło się nieodwołalnie. Był ciężki od rozczarowań i niewykorzystanych szans. Człapał jak postać z koszmaru wszystkich rodziców – między świecącymi jeżykami, wytrzeszczami i szalonymi lalkami, koteczkami, puppy love, neonami ciemności. I tymi z metalową łapą, którą jeszcze żadnemu dziecku na świecie nie udało się wyciągnąć pluszaka. Opróżniał zawartość portfeli ludzi z całej Polski, ale nie czuł się jak złodziej. W końcu sami chcieli przyjechać latem nad morze. Grzywka, choć z grzeczności czasem go pozdrawiała, nie patrzyła mu w oczy. Bała się, że w ich miejscu zobaczy kulki z automatu. Kasztan po zakończonej robocie podchodził do nich, ostatnich, i każdemu bez słowa podawał rękę. Tak jakby zakończyli właśnie partyjkę w remika.
Wiedziała, co miał na myśli i że od jutra przez kilka miesięcy nie zobaczy nie tylko jego i Kaśki, która będzie się opalała w innym słońcu, ale też Rudej i Śledzia. Rozpłyną się w swoich życiach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Choć to mały kurort, nie będą się mijać w kolejce po bułki, nie wpadną na siebie na ulicy i nie zatrzymają się, żeby chwilę pogadać podczas niedzielnego spaceru po plaży. Tak jakby istnieli dla siebie wyłącznie od maja do końca września. Tylko na tej promenadzie.
Grzywka to wie, dlatego chce być ostatnia. Ostatni nie muszą się żegnać. Nieśpiesznie wyciąga torby i układa w nich włosy, jakby zdejmowała pranie. W tym roku już żadne dziecko nie spełni marzenia o byciu jednorożcem. Znikają granice z żółtej plandeki, a zubożałe królestwo z pałacu z bezpośrednim widokiem na morze przenosi się do czterdziestu metrów kwadratowych w bloku. Za świtą podążają mewy zwabione przez osiedlowe śmietniki.
Grzywka zamyka drzwi, odpakowuje siebie i torby. Układa kosmyki warstwami, według kolorów. Najwięcej zostało pomarańczowych. Okrywa je prześcieradłem, żeby się nie zakurzyły i nie splątały. Przeleżakują tak do kolejnego lata. Sama też odpina czarne loki, a na koniec grzywkę przystrzyżoną idealnie jak trawnik w ogrodzie królowej. Nie będzie jej już potrzebna.
Potem otwiera szafę, wchodzi na krzesło, wyciąga walizkę. Dzwonili z kliniki, że miejsce już czeka. Następnie sięga na najwyższą półkę, zatapia palce w miękkim morzu wełny. Wyciąga czapki jedną po drugiej, układa je obok siebie na stole. Ma ochotę zabrać je wszystkie. Pachną wiatrem, wodą i solą. Kształtem przypominają muszle.