Fake it till you make it

Mary Zaleska, fot. Alice Nowicka
Mary Zaleska, fot. Alice Nowicka

Rozmowa z Mary Zaleską, gdańską projektantką graficzną i ilustratorką, absolwentką Hofstra University w Nowym Jorku (2013–2017). Od 2018 roku Mary Zaleska pracuje zawodowo w Polsce. Swoją aktywność twórczą dzieli na ilustracje (między innymi prasowe) i projektowanie graficzne (w tym projekty dla marek odzieżowych czy identyfikacje wizualne). Jej niedawne realizacje to projekt identyfikacji Festiwalu Teatrów Ulicznych FETA (2024, nominacja w konkursie KTR), projekt największego kina letniego w Polsce w Kinotece (2025), książka kucharska Mariusza Maca (2025) czy identyfikacja festiwalu Frombork Future Fest (2025). Ściśle współpracuje również ze środowiskami artystycznymi, projektując okładki albumów.

Maja Sitkiewicz: Lubisz kawę?

Mary Zaleska: Tak! Aż za bardzo! Kawa najlepiej smakuje na pusty żołądek i kiedy nie trzeba jej samemu parzyć. (śmiech)

MS: Arabica czy robusta?

MZ: Wiadomo, że arabica! Niestety, jeśli kawa nie jest zbyt smaczna, to po prostu jej nie wypiję.

MS: A masz swój dzienny limit kawowy?

MZ: Limit minimum czy maksimum? (śmiech) Absolutne minimum to jedna kawa, ale od kiedy zostałam mamą, to przelew jest wiernym kompanem mojego życia.

MS: Twoja sympatia do kawy wykracza poza ramy czysto degustacyjne. Współpracujesz bowiem z polskimi palarniami i tworzysz dla nich etykiety na opakowania.

MZ: To wyszło trochę przez przypadek, choć może sama w jakiś sposób przyciągnęłam tę współpracę. W każdym razie pierwszą etykietę zaprojektowałam dla polskiej palarni kawy CoffeeLab, która co miesiąc wypuszczała nową paczkę we współpracy z konkretnym ilustratorem bądź ilustratorką. Zaczęło mi się to pokazywać na instagramowych kontach twórców, których obserwuję, i uznałam, że sama odezwę się do tej palarni. Twórcom CoffeeLab spodobał się mój kobiecy styl i uznali, że to będzie dobry trop na Dzień Kobiet. Zrobiłam więc dla nich moją pierwszą kawową etykietę i od tego się zaczęło. Potem w krótkim czasie stworzyłam etykiety dla takich palarni jak Fresca Coffee czy Nieczapla.

MS: Sztuka użytkowa często posługuje się ilustracją. Opakowania dużo dzięki niej zyskują. Są po prostu ładne.

MZ: Super jest móc wykorzystać swoje pomyły i ilustracje w projektach opakowań. Wiadomo, nie zawsze jedno musi się łączyć z drugim, koncepty oparte wyłącznie na typografii czy innych elementach graficznych też są bardzo interesujące, ale jak już mamy w swoim zasobie ilustracje, to daje nam to dużo wolności w projektowaniu. Element ilustrowany często sprawia, że projekt jest bardziej przystępny czy po prostu ładny. Jako społeczeństwo przywiązujemy coraz większą wagę do tego, jak coś wygląda na półce. Ponadto dochodzi aspekt pokazywania życia w sieci. Prezentujemy siebie i to, czym się otaczamy, a lubimy, żeby to były tak zwane cool rzeczy.

Wiedza o designie jest dziś na wyciągnięcie ręki. Wiemy, jak wyglądają reklamy w Stanach Zjednoczonych, opakowania w Japonii czy ubrania w Australii. Kiedyś, aby pozyskać taką wiedzę, trzeba było tam pojechać. Kiedy widzimy, że jakaś marka robi piękne rzeczy, my też tak chcemy. To dotyczy i kawy, i ubrań, i właściwie wszystkiego. Niestety, przy okazji pułapkę zastawia na nas niepohamowany, pusty konsumpcjonizm. I ja – co mnie boli – w jakiś sposób się do tego przyczyniam. Na szczęście zazwyczaj pracuję z niewielkimi brandami, są to małe palarnie, które sprzedają lokalnie kraftowe kawy. Ten produkt jest skierowany do koneserów, którzy go docenią. Jest to więc działanie na mniejszą skalę – i chyba w ten sposób się rozgrzeszam. (śmiech)

MS: W ramach swojego studia graficznego MZ Studio zrealizowałaś wiele różnych projektów graficznych, między innymi dla takich marek jak ASUS, Bacardi czy Reserved. Podejrzewam, że to praca, w której istnieje presja czasu. Deadline jest dla ciebie bardziej motywatorem czy stresorem?

MZ: Motywatorem. Pracuję dość szybko – tak mi się przynajmniej wydaje – i nigdy nie miałam problemu z oddaniem projektu na czas. Nie miewam blokad artystycznych. Jak już siadam do pracy, to działam dosyć metodycznie. Staram się zachować oczywiście work-life balance, zostawiam sobie czas na odpoczynek i czas z najbliższymi. Choć pewnie i tak pracuję za dużo.

MS: Branding to coś, w czym się dobrze czujesz?

MZ: Tak. Ale zazwyczaj, kiedy robię dużo ilustracji, to zaczynam tęsknić za tworzeniem rzeczy bardziej projektowych – i na odwrót. Uprawiam płodozmian.

MS: Miejsce, w którym rozmawiamy, nie jest przypadkowe – to kawiarnia Cafe Luis. Stworzyłaś dla niej logo i identyfikację wizualną. Opowiesz krok po kroku, w jaki sposób pracowałaś nad tą realizacją?

MZ: To była dość szybka akcja. Wszystko trwało mniej więcej miesiąc. Inspirację stanowiły dla mnie paryskie bistra i berlińskie kawiarnie. Bardzo ważnym elementem do zaprojektowania było logo kawiarni. Właścicielki Luisa poprosiły mnie o to, by wzorem do niego był ich ukochany piesek o tym samym imieniu. I z nim miałam największy problem. (śmiech) Stworzyłam kilkanaście wersji Luisów, ale to wciąż nie było „to”. Kiedy powoli zaczynałam tracić nadzieję, naszkicowałam coś bardzo w moim stylu – i okazało się, że to właśnie ten znak dziewczynom spodobał się najbardziej. A ponieważ powstała cała seria Luisków, wykorzystałyśmy je na froncie menu. To była dla mnie bardzo ważna realizacja – nadałam pewien charakter fizycznemu miejscu, do którego sama mogę przyjść i napić się kawy. Poza tym identyfikacja kawiarni od jakiegoś czasu była na mojej bucket list.

MS: Czyli masz taką listę?

MZ: Oczywiście! I staram się odhaczać zapisane na niej punkty. Pierwsze razy dużo dla mnie znaczą. Do tej pory pamiętam, jak zobaczyłam w pewnym poczytnym magazynie swoją pierwszą ilustrację! Kolejne publikacje nadal cieszą, ale nigdy nie jest to ten pierwszy raz. Kiedy patrzę, ile rzeczy odhaczyłam ze swojej listy, to widzę, w jakim kierunku się rozwijam.

MS: Podobno żadnej pracy się nie boisz.

MZ: Żadnej! (śmiech) Każde nowe zlecenie traktuję jako szansę na rozwój. Chętnie sięgam po to, co nowe, bo wiem, że mam już na tyle duże doświadczenie w branży, że wystarczy się odrobinę dokształcić, by nabrać w danym obszarze większej biegłości. Nie miałabym też problemu, żeby pracować fizycznie. A gdyby AI zastąpiło grafików, to coś na pewno bym wykombinowała.

MS: Wróćmy jednak do początków twojej edukacji artystycznej. Skończyłaś, i to z wyróżnieniem Suma Cum Laude, design na uczelni Hofstra University w Nowym Jorku. Marzył ci się amerykański sen?

MZ: Stany Zjednoczone były przeze mnie w jakiś sposób oswojone, bo gdy miałam osiem lat, przez rok mieszkałam w Kalifornii razem z mamą, babcią i siostrą. Chodziłam tam do szkoły, poznałam nowych przyjaciół, nauczyłam się języka. Przyszło mi to bardzo naturalnie. Później wielokrotnie jeszcze odwiedzałam Stany, w tym Nowy Jork, który wydawał mi się idealnym miastem do studiowania. Więc gdy przyszła pora wyboru kierunku studiów i uczelni, Nowy Jork był na górze listy. Potem pojawiła się proza życia. Musiałam wykonać ogromną pracę, aby dostać się na uczelnię: zdawać egzaminy, starać się o kredyt studencki, ubiegać o miejsce w akademiku, kupić bilet lotniczy itd. Wszystko jakimś fuksem się udało, a ja szybko musiałam dorosnąć i się usamodzielnić. Od razu też wpadałam w wir zajęć. Na uczelni poznałam wspaniałych ludzi, życie pędziło. Nie miałam czasu tęsknić i zbytnio się zamartwiać. Kredyt studencki był świetnym motywatorem, żeby działać i się uczyć.

MS: To właśnie w Nowym Jorku znajdują się topowe światowe muzea. Muzeum Guggenheima, MoMA czy Metropolitan Museum of Art tylko czekają, by je odwiedzić – wielka sztuka na wyciągnięcie ręki. Zrobiło to na tobie wrażenie?

MZ: Przyznam, że było to dla mnie – wówczas młodej dziewczyny – niesamowite doświadczenie. Styczność z wielkimi dziełami sztuki i nazwiskami najznakomitszych artystów z pewnością była inspirująca. Zresztą wizyty w galeriach sztuki i w muzeach mieliśmy w planie zajęć. Chodziliśmy więc do Met, żeby szkicować hellenistyczne rzeźby, czy na wernisaże naszych wykładowców, którzy otwierali w różnych interesujących miejscach swoje wystawy.

MS: Łącznie w Nowym Jorku spędziłaś pięć lat. Jak wyglądało twoje codzienne życie?

MZ: Na pewno był to budujący i bardzo rozwojowy okres, podczas którego nauczyłam się patrzeć na życie z przymrużeniem oka i nie traktować siebie i innych zbyt poważnie. Nauczyłam się też działać odważniej, niż myślałam, że potrafię. Wolę zaryzykować, niż żałować, że czegoś nie zrobiłam. Jak mówią Amerykanie: Fake it till you make it.

MS: Jest ci bliskie to powiedzenie?

MZ: Uważam, że jeśli sami nie jesteśmy w stanie – mówiąc kolokwialnie – się sprzedać, to nikt nas nie kupi. To pierwszy, podstawowy krok: wierzyć w swój pomysł i być jego największym fanem. Oczywiście, zawsze znajdzie się ktoś lepszy, bardziej doświadczony, mądrzejszy, z lepszym wyczuciem stylu itd. To nieuniknione, obojętnie, w jakiej dziedzinie działamy i na jakim etapie życia jesteśmy. W powiedzeniu Fake it till you make it koncentrujemy się na tym, że skoro zawsze będzie ktoś lepszy, to nie należy zbytnio przywiązywać do tego wagi. Wydaje mi się, że takie podejście jest zdrowe, bo dzięki temu pozbywamy się kompleksów, które nas hamują, a które ma większość z nas.

MS: Trudno się z tym nie zgodzić.

MZ: Porażka jest wpisana w każdy sukces. Nie zawsze nasze próby będą udane. My jednak boimy się odrzucenia, zignorowanych maili, negatywnych odpowiedzi. Uważam, że trzeba działać pomimo to.

MS: Od 2018 roku mieszkasz w Gdańsku i tworzysz w Polsce. Twoje nazwisko i marka są rozpoznawalne. Długo musiałaś na to pracować?

MZ: To nieustanny proces. I wydaje mi się, że każdy, kto działa w branży artystycznej, tak ma. Bo generalnie nam – ilustratorom, grafikom – wydaje się, że osiągnęliśmy mniej, niż osiągnęliśmy w rzeczywistości; to nieustanne work in progres.

MS: Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z twoimi pracami – a była to seria pocztówek Women of Pattern – zachwyciło mnie to, że jest na nich tak wiele wizerunków kobiet. Czy kobieta to najważniejsza bohaterka twoich ilustracji?

MZ: Na pewno jest to jeden z głównych motywów, którym poświęcam swoją uwagę. Generalnie od dziecka rysowałam ludzi – nudziła mnie architektura czy martwa natura, zawsze fascynował mnie człowiek. To on był i nadal pozostaje w centrum mojego zainteresowania. Autentyczność ludzkiej kondycji jest dla mnie bardzo interesująca.

MS: Opowiesz o jednej z twoich ilustracji, zatytułowanej Womanhood, na której kobiety tańczą w kręgu, trzymając się za ręce? To piękna wizja kobiecości.

MZ: Chciałabym ją tak właśnie pojmować. Dla mnie to symbol wzajemnego wspierania się kobiet. To idealny świat, wypełniony czystą szczerością.

MS: Powiedziałaś kiedyś: „Czasem muszę sobie przypomnieć, że moja indywidualność jest zaletą, nie wadą. Tworzenie ilustracji reprezentującej silne, niezależne kobiety jest jedną z metod takiego przypomnienia. Można powiedzieć, że rysuję sobie wzory do naśladowania”. Jakie są kobiety z twoich prac?

MZ: Są silne i przede wszystkim różnorodne. Zależy mi na tym, aby każda kobieta mogła się odnaleźć i przejrzeć w moich ilustracjach. Pokazuję na nich nie idealny kanon piękna, lecz piękno bardziej ogólne, uniwersalne, które kryje się wewnątrz człowieka, a nie na zewnątrz. Nie traktuję tej kategorii zbyt dosłownie – zarówno w mojej twórczości, jak i w życiu.

MS: A jaką ty jesteś kobietą?

MZ: Hm… (śmiech) Wiadomo, najtrudniej mówi się o sobie! Myślę, że jeszcze odkrywam to, kim jestem. Na pewno powiedziałabym, że jestem kobietą niezależną, ale jednocześnie wrażliwą, która kocha i pozwala kochać siebie. Szalenie doceniam bliskie, dobre relacje. Lubię opiekować się ludźmi, a okazuję to na przykład poprzez jedzenie. Uwielbiam gotować dla bliskich mi osób. Ludzie wokół mnie są dla mnie bardzo ważni.

MS: Wielokrotnie podkreślasz, że warto być odważną. Czy to, że zawodowo działasz na tylu różnych polach, wiąże się z tą kwestią?

MZ: Chodzi mi o to, by nie bać się próbować nowych rzeczy, bo tylko wtedy mamy szansę się rozwijać. Szczególnie teraz, gdy technologia tak szybko postępuje, musimy się starać być konkurencyjni na rynku. Poza tym nowe jest fajne. Otwiera inne szufladki w mózgu. Dla mnie jest to metoda, by nadal cieszyć się swoją pracą i pozostawać elastyczną również na innych płaszczyznach życia.

MS: Ostatnio coraz śmielej realizujesz także projekty książkowe.

MZ: To prawda. Niedawno ukazała się książka kucharska autorstwa Mariusza Maca pod tytułem 1991, która jest pierwszą zaprojektowaną i złożoną przeze mnie publikacją! Musiałam się wiele douczyć i zainwestowałam w to sporo czasu. To był niesamowicie absorbujący, wymagający projekt, który dał mi satysfakcję i poczucie dobrze wykonanej pracy. Na pewno nie jest to moja ostatnia książka w życiu, lecz na razie preferuję projektowanie okładek. Tak jak w wypadku Przewodnika po emocjach autorstwa Anny Cyklińskiej, gdzie skład zostawiłam mądrzejszym od siebie, a sama zajęłam się jedynie frontem oraz ilustracjami rozdziałowymi.

MS: Janusz Stanny, wybitny polski grafik, powiedział w jednym z wywiadów: „Nie chciałem być ani strażakiem, ani pilotem, ani nikim innym, ja od najwcześniejszych lat wiedziałem, że będę plastykiem. […] Nie ma moim zdaniem większej radości, niż trafić na swój zawód”. A jak z tym jest u ciebie?

MZ: Co prawda kiedyś chciałam być neurochirurgiem… (śmiech) Dziś jednak mogę powiedzieć, że zdecydowanie trafiłam na swój zawód. Pomijając sam charakter mojej pracy, bardzo cenię powiązaną z nią wolność – mogę odkrywać nowe zawodowe przestrzenie, mieć kontakt z różnymi branżami, nigdy nie robić dwa razy tego samego, poznawać nowych, interesujących ludzi. Myślę, że ta dynamika chroni mnie przed wypaleniem zawodowym, a elastyczność zawodu pozwala mi spełniać się również poza pracą.

MS: No właśnie, niedawno zostałaś mamą małego Gustawa. Nie zrezygnowałaś jednak z pracy. Jak udaje ci się pogodzić te dwie wymagające rzeczywistości – macierzyństwo i życie zawodowe?

MZ: Na pewno nie jest to wybór oczywisty i teraz już wiem dlaczego. Dokonałam go trochę na ślepo, w imię zasady „jakoś to będzie”, więc teraz jakoś być musi. (śmiech) Na razie Gucio ma tylko trzy i pół miesiąca, więc możliwe, że jeszcze wypluję te słowa, ale jakoś dajemy radę. Łączenie życia zawodowego z opieką nad maleńkim dzieckiem nie udałoby mi się oczywiście bez wsparcia mojego partnera, który również ma wolny zawód i działa w branży kreatywnej, rozumie zatem potencjalne konsekwencje wypadnięcia z obiegu. Obydwoje nie chcemy, bym zmarnowała to, co budowałam tyle lat. Staramy się więc tak dzielić obowiązkami rodzicielskimi, by każde z nas mogło dalej się spełniać zawodowo. Gucio jest naszym priorytetem, a co za tym idzie, chcemy, by wzrastał w domu, w którym rodzice pielęgnują swoje pasje i wzajemnie się wspierają.

MS: Na koniec powiedz jeszcze, jak się czujesz w tej zupełnie nowej roli.

MZ: Szczerze? Nigdy nie myślałam za wiele o macierzyństwie. Sądziłam, że wydarzy się to trochę później. Prawdą jest, że ostatecznie nigdy nie ma tego odpowiedniego momentu. W związku z tym nie miałam żadnej nakreślonej wizji w głowie, kiedy najlepiej zostać mamą. I całe szczęście, bo zakładam, że ta wizja szybko ległaby w gruzach. Zdaję sobie sprawę, że próba pogodzenia rodzicielstwa z tym, do czego dotychczas przywykłam, to znaczy z pracą na pełnych obrotach, regularną aktywnością sportową, uporządkowaną przestrzenią, spotkaniami towarzyskimi itp., itd., jest czymś hardcorowym! I niesamowicie podziwiam wszystkie mamy, które walczą każdego dnia o skrawek dawnych siebie. Jednocześnie macierzyństwo jest dla mnie pięknym pierwotnym doświadczeniem, które pozwala mi zwolnić i docenić na nowo zwykłe rzeczy.

Maja Sitkiewicz

Maja Sitkiewicz

Dziennikarka i redaktorka. Fanka polskiej ilustracji i książek dla dzieci. Zawodowo związana z portalem Ładne Bebe i wydawnictwem Bernardinum. Mieszka w Gdańsku. @instagram

udostępnij:

Przeczytaj także:

Wyszywanki Wyszywanki Wyszywanki
Małgorzata Żerwe

Wyszywanki

W poszukiwaniu straconych relacji W poszukiwaniu straconych relacji W poszukiwaniu straconych relacji
Julia Halemba

W poszukiwaniu straconych relacji