Pierwsze zmiany Natalia dostrzegła tego dnia, gdy zniknął pająk.
Błądziła wzrokiem po suficie i ścianach. Nie szukała niczego konkretnego. I nic szczególnego nie zatrzymywało jej spojrzenia. Dopiero ta plama. Sino-żółtawa, napuchnięta. Przypominała balon, z którego zeszło powietrze. Pomarszczony nadmiar. Dookoła sflaczałej powłoki dyndały białe, poskręcane strzępki złuszczonej farby.
Zanim zniknął, Natalia codziennie go obserwowała. Wiatr wywijał siecią w górę i w dół. Pająk nic sobie z tego nie robił. Ukrzyżowany pośrodku sieci trwał jak Budda, majestatyczny bożek obojętny na ruch całego świata. Chciała sprawdzić, czy to prawda, że zjada swoją przędzę. Przez szybę nie bała się patrzeć, ale ciało pozostało czujne. Napięte mięśnie były gotowe do skoku w każdej chwili. Wyjątkowo duży okaz, jak na zwykłego krzyżaka. Pękaty odwłok, osiem długich, o wiele za długich nóg. I jeszcze cztery na głowotułowiu – szczękoczułki czy inne nogogłaszczki, nie pamiętała dokładnie. Pająk podawał sobie nimi srebrzystą nić do otworu gębowego. Drobne włoski pokrywające ramiona Natalii uniosły się nieznacznie. Dreszcz, obudzony w zagłębieniu między uchem a żuchwą, rozlał się falą po ciele.
Ale skąd tamta plama?
Wystarczyło, żeby byle pyłek zadygotał na lepkich nitkach, kropla wody, drobny owad, a udający trupa pająk wystrzeliwał ku zdobyczy jak kamień z procy. Dopadał ofiary w doskonałej synchronizacji odnóży, wyczuciu ścieżek w labiryncie sieci. Czasem, rozczarowany pomyłką, tkał kolejne obwody albo któryś zjadał. A kiedy zdobycz okazywała się owadem, wstrzykiwał jad i znów zapadał w letarg. Dojrzewał do uczty.
Jednak tego dnia pająka nie było.
Natalia musiała już wstać. Szczęk bramy i warczący odgłos silnika oznajmiły, że ojciec właśnie wyjechał zarobić na ich utrzymanie. Plama przestała zajmować jej myśli na kolejnych kilka godzin. Łazienka, kuchnia (odliczyć tabletki), sypialnia mamy (poczekać aż połknie), furtka. Odwróciła się, omiotła wzrokiem okno swojego pokoju. W pogodne poranki, po nocach deszczowych jak dzisiejsza, pajęcza konstrukcja lśniła blaskiem słońca rozszczepionym w drobinach wody. Dziś nic nie błyszczało w rogu okna. Ruszyła. Przystanek, autobus, szkoła. Po niej zakupy, kuchnia, sypialnia mamy, kuchnia, obiad, sypialnia mamy, lekcje przy kuchennym stole. Z mechanicznej powtarzalności wytrącił Natalię jakiś ruch na zewnątrz. Ptak może? Rozhuśtana wiatrem gałąź? Zastygła, zapatrzyła się na krzewy bzu. Wydały jej się jakoś bujniejsze niż wczoraj, bujniejsze nawet niż dzisiejszego ranka, ale pomyślała, że przecież jest wiosna, że wiosną to normalne.
Po tygodniu rozpasana zieleń przesłaniała już wszystkie okna. Na zewnątrz życie szalało za siebie i za jego brak po tej stronie szyb. Maszyna witalności pracowała nieprzerwanie. W jej pochodzie dom nie był barierą. Rzeki rwącej ku morzu nawet góra nie zatrzyma. Przeszkoda skieruje wodę w nowe koryto. Uwięzi tylko jakąś jej część, tę, która oddzieliła się od głównego nurtu. Z czasem zrobi się z tego kisnące bajoro. Dopóki rzeka płynie, karmi się ruchem, niestraszne jej przeszkody. Nienadążające za prądem odpryski podzielą los kałuż.
Wszystko w ich domu wyraźnie zmatowiało. Natalia nie była pewna, czy to powierzchnie pokryły się patyną czy coś niedobrego dzieje się z jej wzrokiem. „Co z moimi oczami”, myślała i tarła, aż do bólu, żeby usunąć irytującą błonkę. Jedynym efektem była pulsująca poświata purpury. Dziwna powłoka nie ustępowała. Przeciwnie – ściany i sufity zaczęły nabierać nowej, niezdrowej barwy. Farba podeszła siną pleśnią. Wybroczyny plechy wędrowały w dół, łącząc się w nieregularne plamy.
– Widzicie to – Natalia pytała, wskazując zmiany. – To miejsce już nas nie chroni – krzyczała w puste twarze rodziców. Ale oni uwagę mieli stępioną drażetkami na obojętność. Trwali na mieliźnie – wraki porosłe warstwami pąkli. Nieczuli na ruch, na światło, na kolor. Tylko zmysły Natalii pozostały jak krawędź brzytwy.
Podłogi przestały być stabilnym oparciem dla nóg. Drewniane klepki w jednych miejscach wypiętrzały się jak młode góry, w innych otwierały głębokie wąwozy. Rozpadliny pożerały ich rzeczy. Kolejno znikały książki, ubrania, szczoteczki do zębów, mamy płyty, te najbardziej ulubione, których zagubione dźwięki czasem jeszcze pobrzmiewały dawnym echem. Powietrze drgało zawiesiną rdzawego pyłu o zapachu spalenizny. Osiadał na twarzy, trzeszczał w zębach. W połączeniu z wilgocią tworzył zacieki przypominające zaschłą krew. Liszaj pełzł po ścianach. Farba złuszczała się, jak gadzia wylinka; wszędzie zwisały jej długie, poskręcane pasma. Ich dotyk przypominał kontakt z pajęczyną. Tymczasem prawdziwych pajęczyn z dnia na dzień ubywało. Natalia odpychała od siebie myśl o chwili, w której opuści ich ostatni pająk.